niedziela, 17 sierpnia 2014

Nowy Rozdział 1

Oto pierwszy rozdział po modyfikacji. Lepszy? Gorszy? Sami to oceńcie. 

Ale jesteś głupia. Hasło to dekompresja.
Wpisałam podane słowo w okienka krzyżówki i przeszłam do kolejnego hasła.
Wiatrówka.
Daj mi przeczytać.
Robisz to za wolno.
A skąd to niby wiesz?
Ty wszystko robisz wolno. Nawet myślisz zbyt wolno.
Nawet do tego nie dąż. Daj temu spokój.
Nie. To ty musisz coś zrozumieć. Jak to dostało się do środka przez zakluczone drzwi? Przecież były nietknięte a twoja siostra nie otworzyłaby bestii.
Zamilcz.
To człowiek stał przed drzwiami. To człowiek was zdradził. To przez człowieka zginęła twoja siostra.
Zamknij się!
Próbujesz udawać, że to do ciebie nie dociera bo potwora łatwiej odróżnić od człowieka. Nie zastanawia cię jak takie wielkie coś dostało się do środka? Jak zmieściło się w progu?
Zamknij się! Zamknij się! Zamknij się!
-Zamknij się!
Zerwałam się z miejsca i wybiegłam z kuchni zostawiając tam zdziwioną przyjaciółkę i jej ojca. Wbiegłam do pokoju który stał się moim i padłam na łóżko. Niechciane obrazy wracają. Miałam pięć lat kiedy to się stało. Wróciłam z zakupów z mamą i wtedy znalazłyśmy martwą Megan. Byłam przerażona. Moja siostra bliźniaczka. Tego dnia dla żartów udawałyśmy siebie nawzajem. Gdy mówiłam mamie, że to ja jestem Sophia nie wierzyła mi. Z resztą, nikt mi nie wierzył. Psychiatrzy sądzili, że tak radzę sobie z utratą siostry ale to nie prawda. Jestem kim jestem. Ale nie ma nikogo kto by wreszcie to zrozumiał.
Masz mnie. Ja wiem kim jesteś.
Czasem sama w to wątpię.
Więc pytaj mnie, głupia babo. Ich nie słuchaj, żadne z nich ci nie wierzy.
Dzięki.
No problemo. Zresztą zbieraj Inez i idźcie bo ten postrzelony debil nie będzie czekał.
To już ta godzina?
No raczej.
Zerwałam się z miejsca i pobiegłam do drzwi by poszukać Inez ale to nie było potrzebne. Niemalże nie zderzyłyśmy się w progu.
-Już ta godzina.
Blondynka tylko skinęła głową. Wyszłyśmy nie tłumacząc zbyt wiele. Jak zwykle zresztą. Wystarczy hasło „babskie sprawy”. Inez bardzo przypominała swojego tatę. Miała blond włosy i limonkowe oczy, których źrenice bardziej przypominały kocie. Miała bladą cerę i była niską osobą. Ja byłam jej przeciwieństwem. Wyższa o głowę z czarnymi włosami i brązowymi oczami różniłam się niemalże od wszystkich. I jeszcze ten mój odcień skóry. Tu wszyscy byli albo biali albo brązowi. Ja byłam czymś pomiędzy. Może jestem mulatką? Ale tu chyba coś takiego nie istnieje. Widziałam małżeństwa mieszane ale dzieci dziedziczyły kolor skóry albo po matce albo po ojcu. Nie dziwiły też ludzi odmienne kolory oczu. Nieważne brązowe, zielone, niebieskie czy kanarkowo żółte. Tutaj to norma. Masz oczy w odcieniu gorącego różu? Spokojnie, to nie nowość. Twoje oczy są krwisto czerwone? Odziedziczyłeś kolor po matce czy ojcu? Nie ma koloru oczu który by mnie zdziwił. Gdy dotarłyśmy na miejsce nasz nauczyciel już na nas czekał.
-Jak zwykle na czas.- pochwalił.
Samo wyszło.
-Samo wyszło.- powtórzyłam po głosie.
Z resztą to dziwne mieć w głowie głos kogoś obcego. Lekarze mówią, że mam rozdwojenie jaźnie czy coś ale chyba się mylą.
Chyba?
No dobra na pewno się mylą. Zadowolona?
Tak.
Co ja z tobą mam. Na szczęście nie odpowiedziała więc mogłam skupić się na mężczyźnie przede mną. Mógł mieć ze dwadzieścia lat albo coś pod trzydziestkę. Mógł mieć też 18 lat tak jak ja albo 17 jak Inez. Nie odpadało też coś koło 45 bo nigdy nie widziałyśmy jego twarzy. Gdyż nie ważne czy to słońce czy to deszcz ten koleś zawsze w tym samym płaszczyku jest. A dokładniej ma luźne spodnie z których chyba namiot by można zrobić, ciężkie buty i płaszcz z kapturem i szalem. A cały ten materiał starczył by na uszycie kilku kompletów bluzek i spodni. Nawet jego oczu nie widziałam. Ale raz na niego wpadłam i nie poczułam miękkiego tłuszczu tylko twardą tkankę. Nie powiedziałam tego nikomu a ona sama się dowiedziała.
Pomyślałaś, że jest twardy i, że pewnie siniaków sobie narobiłaś.
Bo to było możliwe. Ale skupiłam się na słowach nauczyciela.
-… natomiast ty, Megan będziesz ćwiczyła symbol.
-Znowu?
Nic tylko rysuję i rysuję. Inez uczy się przywoływania i prostych zaklęć a ja w kółko bazgram na piachu. Raz udało mi się wywołać symbol ale nie umiałam powtórzyć tego wyczynu więc to przemilczałam.
-Masz umieć rysować go z zamkniętymi oczami.- uciął a ja jak zwykle nie wiedziałam co innego odpowiedzieć.
Poszłam za dom i usiadłam przed przygotowanym dla mnie miejscem. Był to placek ziemi. Gdy tu mieszkałam nie było go więc musiał go przygotować. Tak uczymy się przy budynku w którym kiedyś mieszkałam. Miał jedno piętro i był niewielki. Był tam salon, trzy sypialnie- moja, mojej siostry i rodziców, kuchnia, łazienka, długi korytarz, spiżarnia i składzik. Typowy dom. Choć, jak już wspomniałam, tu wiele rzeczy jest typowych. Na przykład wysoka wieża przy każdym domu. Wolnostojąca oczywiście. Wiele razy chciałam na nią wejść ale gdy tylko zdobywałam się na odwagę z nikąd pojawiał się mistrzu i pytał o moje postępy. Ten to ma wejścia, serio. Ale tym razem skupiłam się na czymś innym. Wyciągnęłam dłoń spodem do dołu, zamknęłam oczy i skupiłam się. Zaczęłam rysować skomplikowany wzór w wyobraźni. Najpierw pentagram z czubkiem gwiazdy na górze. W ramiona wpisać nazwy Pięciu Ksiąg Mojżesza w oryginale, w środek oko w trójkącie, dalej pięciokąt foremny w koło i Gwiazdę Dawida na koniec. Światło zakuło mnie w powieki więc otworzyłam oczy. Złoty symbol błyszczał pod moją dłonią obracając się w prawo powoli. Teraz szybko pomyśleć o czymś zanim zgaśnie. No szybko. O! Wiem! Pieczony ziemniak! Po chwili owe pieczone warzywo pojawiło się na ziemi. Podniosłam go i zaczęłam jeść. No co? Jak już jest…. Gdy skończyłam spróbowałam jeszcze raz. I na szczęście udało się. Woda w butelce. Tym razem wiem, że trzeba pomyśleć o jakimś naczyniu. Wcześniej pomyślałam tylko o wodzie. No pojawiła się ale tylko woda. Szybko wsiąkła w ziemię. Pociągnęłam z butelki kilka łyków i wstałam. Wolnym krokiem udałam się w kierunku wierzy.
Wreszcie.
Ta, wiem. Nacisnęłam klamkę i weszłam do środka. Mury były grube, więc w środku panował przyjemny chłód. Schody i pochodnia. Wzięłam ją do ręki. Na szczęście nie okazała się ciężka. Wyciągnęłam zapalniczkę, jeden z przedmiotów które kazał nam nosić kapturek, jak go czasem z Inez nazywamy. Powoli wspinałam się na kamienne stopnie wymieniając rzeczy które miałam w kieszeniach i plecaczku. Nóż sprężynowy, zapalniczka, zapałki, portfel, nasiona, pustą buteleczkę, cienką acz świetną pelerynę, chusteczki, opatrunki, świeczkę, papier i paręnaście długopisów, nie pytajcie po co. Wspinaczka trochę trwała ale widok zaparł mi dech. Przez szklane ściany wpadało słońce południa i widać było panoramę całej okolicy. Góry na wschodzie, jezioro na południu, wioskę w dolinie na północy i plażę nad morzem na zachodzie. Jeszcze długo się tym zachwycałam. Dopiero po chwili rozejrzałam się po pomieszczeniu. Były tu stoły, różne, zwiędłe już, rośliny, fiolki, miski, moździerze, słoiki z dziwnymi substancjami, skrzynie, stare palniki i fartuchy. Pomieszczenie do tworzenia potężniejszych eliksirów które można przyrządzać tylko o określonej porze dnia. W powietrzu unosił się kurz i było czuć stęchliznę ale i tak przeważał roślinny i migdałowy zapach. Otworzyłam jedną ze skrzyń i natknęłam się na książki. To niesamowite, że mimo iż były pisane ręcznie wciąż wyglądały świetnie. Jakby ktoś napisał je wczoraj. Nawet kartki wciąż były białe. Postanowiłam poszukać czegoś na ożywienie roślin i po chwili znalazłam odpowiednią książkę. To nie to… chwastów nie chcę pielić… do ślimaków też nic nie mam… nie było powodzi więc nie ma po czym skutków usuwać… i jest! Przeczytałam co miałam zrobić i wzięłam się do roboty. Na szczęście wszystko czego potrzebowałam było w słoikach. Wzięłam małą część korzenia Winniczki Siwej, Wisielczyka, Anemika Ryżowatego i Srebrnika Białego. Zmieliłam w moździerzu korzeń Wisielczyka i Anemika Ryżowatego. Posiekałam korzonek Srebrnika a za pomocą mojej magii załatwiłam sobie wrzątek w szklanym rozpylaczu. Tam wrzuciłam składniki i wymieszałam to, trzęsąc lekko tak jak polecono w książce. Zaczęłam pryskać ziemię w doniczkach, każdej po raz. Niestety nie doczekałam się efektu. Szkoda. Może dodałam za dużo korzenia Wisielczyka? Przecież to śmiertelnie trująca roślina. A może za mało Srebrnika Białego? Sama nie wiem. Zrezygnowana wyszłam ta balkon i w dole ujrzałam mistrza i Inez.
-Megan!- zawołał karcąco.
I w tym momencie oparłam się o przegniłą drewnianą balustradę i runęłam w dół. Zaczęłam drzeć się niemiłosiernie.
Cholera jasna! Jestem za daleko! Ale jak to przeżyjesz to osobiście cię zabiję, wiesz?!
A jak nie to mnie przynajmniej z ziemi zeskrob. Spadanie z wysokości nie jest fajne ale po chwili poczułam coś wręcz odwrotnego. Najpierw zacisnęły się wokół mnie ramiona a później nastąpił lot w górę. Otworzyłam oczy i zauważyłam kaptura. Po chwili znów byłam na tym balkonie. Mistrzu kucnął wciąż mocno mnie ściskając.
Wiesz, że cię zamorduję, prawda?
Spoko przyłaź. Kolo cały czas coś szeptał i dopiero po chwili zorientowałam się, że mówi do mnie… albo do siebie.
-Złapałem cię, złapałem.
A ten to chyba bardziej uspokaja siebie niż ciebie.
Mnie nie musi, wciąż jestem w szoku.
-Jak się czujesz? Jesteś cała?- zapytał
-Cała i zszokowana.
-Po jaką cholerę lazłaś na tę wierzę?
-Bo nie wiedziałam co tu jest. Nigdy tu nie byłam.- wyjaśniłam.
-Nigdy? Przecież powinnaś się zacząć uczyć w wieku 7 lat.
-Tata prosił mnie, żebym tu nie wchodziła.
Kaptur przemilczał to po czym wstał i postawił mnie na ziemi. Trzymając pochodnię zeszliśmy na dół. Gdy tylko otworzyłam drzwi na moją szyję rzuciła się blondynka.
-Całe szczęście nic ci nie jest. Chcesz się czegoś napić? Może herbaty?
-Ja wstawię wodę a wy udajcie się do salonu.- powiedział mistrzu tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Czyli nieważne czy chcę herbatki czy nie i tak ją wypiję. Podążyliśmy w stronę mojego domu. Ja i Inez udałyśmy się do salonu. Był mały, parę kredensów, dwa fotele, kanapa i drewniany stolik. Był także stół i krzesła, przy których jadaliśmy gdy przyszli do nas goście. Czyli często był zakurzony. Ściany były białe a meble w odcieniach brązu. W pewnym momencie limonkowooka zauważyła coś na zewnątrz.
-Ty patrz, kareta.
-Serio?
I wyjrzałam przez okno. I rzeczywiście pod bramę właśnie podjeżdżała brązowa kareta ze srebrnym lisem. Kareta Silverfox’ów, najbardziej znamienitego kupieckiego rodu. Poszłam do kuchni by poinformować o gościach kaptura ale go nie było. Za to był talerz kanapek i cztery filiżanki herbaty. Zaniosłam wszystko na stół a goście już siada lina kanapie. Jednym z nich był starszy człowiek w płaszczu o odcieniu czekolady, grafitowych spodniach z białym szalikiem. Był dość wysoki i szczupły a w dłoni duży przypominający piracki kapelusz z piórem. Nosił okrągłe okulary. Natomiast jego towarzyszem był młody chłopak, niewiele starszy ode mnie. Miał podobny strój, tylko szary.
-A skąd wiedziała pani, że przyjdą dwie osoby więcej?- spytał starszy pan zaskoczony.
Kareta jest dwuosobowa.
Powiedziałam to co podrzuciła mi ona. Kimkolwiek jest miała rację. Mężczyzna zaczął się śmiać ale szybko spoważniał.
-Słyszeliśmy o tragedii jaka się tu wydarzyła.- powiedział poważnie.- Mam nadzieję, że nie mieszkasz tutaj sama.
-Nie, mieszkam z rodziną mojej przyjaciółki.
-Ach, gdzie moje maniery!- wykrzyknął nagle ten człowiek.
-Pewnie na spacerze.- odpowiedział mu młodszy.- Albo już na łodzi.
-Zapewne masz rację.- odparł na to tamten i zaczął się śmiać.- Moje imię to Malkolm Silverfox a to mój bratanek, Olivier.
Uścisnęliśmy sobie dłonie a Inez nas przedstawiła.
-Cieszy mnie fakt, że nie mieszkasz sama. Może kiedyś dacie się do nas zaprosić? Często świętujemy udane interesy.
-Może kiedyś.- odpowiedziałam uprzejmie.
Pożegnałyśmy i opadłyśmy na kanapę. No nieźle. Słyszałam, że Ten Malkolm jest bratem głowy rodu.
Spojrzałam na pudełeczko z drobnym prezentem od gości. Było im strasznie przykro, że nie mają też czegoś dla Inez.
-Zauważyłaś?- zapytała mnie przyjaciółka.
-To, że ten cały Olivier się cały czas na ciebie gapił czy to, że ten Malkolm nie był zdziwiony tym, że mieszkam u was?- poprosiłam o konkrety.
-Gapił się na mnie?- blond włosa usiadła i spojrzała na mnie z kanapy.
Poprawiłam się na fotelu i powiedziałam jej, że chłopak wpatrywał się w niż jak w obrazek.
-Chwila. Skoro on był jego bratankiem to nie był przypadkiem synem głowy rodu?
-Możliwe ale słyszałam, że on ma trzech braci.- odpowiedziałam.
-No nieźle. Ale, że przyjechał akurat on a nie jakaś mniej ważna osoba.
-No, też się nad tym zastanawiam.
-A co w ogóle wiesz o tym rodzie?- zapytała Inez.
-Róg Silverfox jest bardzo zamożną rodziną kupiecką, poważaną przez większość narodów. Prowadzi dochodowe transakcję z większością firm i krajów. Sami mieszkają na własnej wyspie gdzieś na Oceanie Wspaniałym. Nie wiem dokładnie gdzie. Głowa rodu, Henry Silverfox, ma trzech braci i dwie siostry. Dena, Christopha, Malkolma, Biankę i Helen. Ma dwóch synów. Oliviera i Marka. Ale syna o imieniu Oliver ma również Helen i Den. To imię jest tam bardzo popularne. Patrick Silverfox był pierwszą głową rodu i założycielem ich spółki. Miał żonę Rebeccę i trzech synów, Jamesa, Victora i Connora. Wszyscy wyszli za bogate szlachcianki, dzięki czemu zyskali pieniądze na rozwój. Dzięki swojej przedsiębiorczości rozmnożył zyskany majątek. Ich interes kwitnie i rozwija się do dziś.
-Że ty to wszystko pamiętasz.
Wzruszyłam ramionami. Co ja miałam innego robić po śmierci Meg? Dwa lata siedziałam w domu, bo psychiatrzy się uparli. W końcu przestałam tłumaczyć im, że jestem Sophią. To nie miało sensu. Wtedy właśnie po raz pierwszy usłyszałam głos jej w swojej głowie. Miałam wtedy siedem lat i oczywiście powiedziałam o tym mamie. Nie widziałam w tym nic złego ale ona i lekarze się uczepili. I kolejne rok w domu. Niestety w tym czasie zaginął mój tata a mama popadła w depresję. Zaczęłam się uczyć by pokazać jej, że ma mnie i jej nie zawiodę. Jednak gdy miałam dziewięć lat zachorowała i niedługo po tym umarła. Tak oto zostałam sama. Na szczęście tata Inez postanowił mnie przygarnąć bym nie musiała jechać do innego miasta do tamtejszego domu dziecka 438 km. Westchnęłam i wstałam.
-Wracamy?- zapytałam.
-A możemy zostać? Wiem, że nie lubisz tu zostawać ale jest już późno. Proszę.
-Niech ci będzie.
Wykąpałyśmy się po kolei i położyłyśmy się spać. Jednak długo sobie nie pospałam. Mam lekki sen i jeśli ktoś wchodzi do mojego pokoju budzę się po jakimś czasie. Gdy bez powodu obudziłam się o którejś w nocy zaczęłam się rozglądać. W kącie pokoju stał jakiś koleś i zdejmował koszulkę.
-Ej, co ty wyprawiasz koleś?
-Przepraszam. Myślałem, że śpisz.- odpowiedział.
-I dlatego chciałeś się tu przebrać? Nienormalny jesteś?
-Nie, po prostu lubię być przy tobie.- odparł.
-Tylko, że połowie z tu obecnych nie podoba się twoja obecność tutaj.
-Naprawdę?- zapytał z kpiną.- No cóż, chyba muszę to zmienić.
 -Co ty kombinujesz?- zapytałam gdy zaczął się do mnie zbliżać.
-To niespodzianka, maleńka.
Cofnęłam się do ściany.
-Odwal się.
Pokręcił tylko głową. Gdy był już obok wszedł na łóżko i oparł się o ścianę po obu stronach mojej głowy. Zaczął się przybliżać a ja go uderzyłam.
-Nieładnie, kochanie nieładnie.
-Wal się.- warknęłam.
-Już to zrobiłaś.
Pochylił się i wcisnął mi język do ust. Przez chwilę tkwiłam  w krainie szoku ale na szczęście korków nie było więc szybko się stamtąd wydostałam. Odepchnęłam go i wybiegłam z budynku. Tuż za drzwiami wpadłam na mistrza.
-Czemu wychodzisz na dwór? Jest zimno a ty w piżamie i bez kapci.
Zdjął płaszcz i okazało się, że nosi dwa.
-Ty masz dwa płaszcze na sobie?
-Ciesz się.
Okrył mnie tym płaszczem i zapytał co się stało, że wybiegłam w środku nocy z domu.
-Jakiś debil mnie napastował, to się stało.
-Poczekaj tu.
Następnie wszedł do budynku by poszukać intruza. Rzeczywiście było zimno i na dodatek zaczęło padać. Zaciągnęłam kaptur na głowę i otuliłam się peleryną. Po jakimś czasie wyszedł.
-Znalazłeś go?
-Nie.- odpowiedział.
-Czyli mi nie wierzysz.
-A spałaś przy otwartym oknie?
-Zwariowałeś? Burza była a ja miałam sobie do szczęścia okno otwierać? A może przez sen?
-Więc ci wierzę.
I zaczął iść w swoją drogę.
-Czekaj. A jeśli on wróci?
-Będę w pobliżu.
I zniknął. Wróciłam do domu i położyłam się spać. Dopiero rano zorientowałam się, że spałam w jego pelerynie. Jednak wstałam i udałam się do kuchni. Tam spotkałam Inez.
-Czy ty nosisz…
-Opowiem ci od początku.
Po mojej opowieści dziewczyna wpatrywała się we mnie z szeroko otwartymi oczami.
-Widziałaś jego twarz?- spytała z nadzieją.
-No coś ty! On nosi dwie peleryny jak nie trzy.
-Szkoda.
Spokojnie zjadłyśmy śniadanie. Czemu było tu jedzenie? Czasem nocujemy tutaj choć rzadko. Niestety z czasem coraz częściej, więc jest tu jedzenie i trochę ubrań na zmianę.
-Ja też czegoś dowiedziałam się o tym kolesiu.- powiedziała ni stąd ni zowąd blond włosa.
-Czego?- spytałam.
-No bo gdy spadałaś… jakby to ująć… on wystrzelił w powietrze a symbol pojawiał się pod jego stopami.
-Co proszę?
-No mówię przecież. Odbijał się od nich jak od trampolin.
-To oznacza tylko jedno.- zaczęłam.
-Tak, że nasz nauczyciel ma coś wspólnego z rodem Goldenowl.
-Najpierw ten, teraz Silverfox… coś tu zaczyna śmierdzieć. Skąd to nagłe zainteresowanie kupców?
-Mnie również zaczynało zastanawiać czemu ten gościu uczy akurat nas.- powiedziała poważnie Inez.
-To może być przypadek. On nas uczy od ośmiu lat. Gdyby nagle zaczęli się zjeżdżać jak do jakiegoś miejsca świętego to by było podejrzane. A tak? Usłyszeli o tym co się stało w mieście i postanowili wpaść. Kupili coś po drodze a dopiero po tym, najpewniej kiedy byli już w połowie drogi, dowiedzieli się o tym gdzie mieszkam. Cofać im się nie opłacało więc sprawdzili czy tu jesteśmy i mieli szczęście bo byłyśmy.
-Ale mistrzu zwiał.
-Może jest w konflikcie z prawem?- zaproponowałam.
-Tak, to możliwe. Przecież nigdy nie pokazał swojej twarzy.
-To może zostaniemy i zobaczymy skąd nasz nauczyciel przychodzi?- zaproponowałam.
-To niezła myśl. Czekaj zadzwonię do niego ze stacjonarnego.
Inez popędziła do telefonu a ja poszłam na górę by zmienić ubranie. Jednak nie spodziewałam się takiej niespodzianki na jaką natknęłam się na dole. Oczywiście słyszałam dzwonek do drzwi i jakiś kobiecy głos. Nie wpadłam natomiast na to, że ta kobieta będzie łowczynią rodu Steelheart! Kobieta miała czarny strój odpowiedni do chowania się po cieniach i włosy ciemnobrązowe związane u karku.
-Witaj.- powiedziała w uśmiechem.- Ty pewnie jesteś Megan.
-Tak to ja. O co chodzi?
-Wiem, że trochę późno ale ja jak i cały ród Steelheartów chcieliśmy ci złożyć kondolencje z powodu utraty rodziny. Bardzo ci w współczujemy i w imieniu Rosemery Głowy rodu oferujemy naszą pomoc w razie problemów.
Szczerze powiedziawszy nie wiedziałam co powiedzieć.
-Hm… bardzo dziękuję… ale nie wiem czy mogę przyjąć taką pomoc…
-To żaden problem. Rosemary Steelheart powiedziała, że będzie zaszczycona mogąc ci pomóc. Byłaby również szczęśliwa gdybyś ją w niedalekiej przyszłości odwiedziła. Na jesień szykujemy bal, na który jesteś zaproszona. Twoja przyjaciółka również może przyjść.
To mnie jeszcze bardziej zbiło z partykuły. Dlaczego tak ważna osoba interesuje się mną?! Co tu się dzieje? Czyżby świat stanął na głowie?
-Bardzo mi miło.- powiedziałam niepewnie.
Kobieta wyjęła kopertę koloru tan.
-Proszę oto zaproszenie.
Wzięłam od niej kopertę i podziękowałam. Po krótkiej rozmowie na temat tego co powinnam założyć i co się na balu odbędzie, pożegnała się i wyszła. Gdy tylko to zrobiła wzięłyśmy głęboki oddech.
-To było dziwne.
-Mnie to mówisz?- zapytałam.
-I wiesz co?
-Co?
-To już wygląda podejrzanie.- stwierdziła Inez.
Jak do miejsca świętego, hm? Babka była tak przesadnie miła, że aż cukrzycy dostałam.
-Mam nadzieję, że to koniec wizyt.- powiedziałam i do głosu i do Inez.
Marzenie ściętej głowy. Zaczęli się tobą interesować i nic na to nie poradzisz.
-Ja też.
Ruszyłyśmy do kuchni by dokończyć śniadanie. Gdy zbliżała się godzina 16 zaczęłyśmy cierpliwie czekać na kapturka. 15:58… 16:00… 16:30… 17:15
-Zaczynam się martwić.- powiedziała Inez.
-Ja martwię się od godziny i piętnastu minut… szesnastu. Zawsze był na czas.
-Może powinnyśmy go poszukać.
-Raczej musimy.
Wyszłyśmy z domu z latarkami z zaczęłyśmy przeszukiwać okolicę. Najpierw przeszukałyśmy okolice domu a następnie zapuściłyśmy się w las. Było ciemno i wiał wiatr. Na każdy szelest reagowałyśmy nerwowo i świeciłyśmy tam  latarkami. Przecież mógł tam leżeć nasz mistrzu powoli wykrwawiając się na śmierć. W pewnym momencie przed nami wyrósł wielki cień. Gdy do oświetliłam z ust wyrwał mi się cichy okrzyk przerażenia. To nie był nasz kapturek tylko jakiś koleś z nożem który szedł w naszą stronę. Zaczęłam powoli się cofać żałując, że nie mam przy sobie żadnej broni.
-Kim jesteś?- spytała Inez.
Wyczuwałam, że szykuje się do jakiegoś zaklęcia. Nie wiem skąd u mnie ta wiedza ale nie myślałam o tym. Ważniejszy był kolo z dość ostrą zabawką. Czemu zaczęłam się zastanawiać jaja jest na nim trucizna?
-Czy ty jesteś Megan White?
Milczałam. W dupie miałam skąd on to wie. Bardziej istotne zdawało się to, że chce mnie zabić. Kolo zaczął się przybliżać. Nie mogę ukrywać tego, że bałam się jak diabli. Nagle z góry ktoś na niego zeskoczył. Mistrzu. Ale ta ulga walnęła mnie mokrą szmatą w twarz. Zataczał się i był wyraźnie osłabiony. Może i udawało mu się unikać ciosło ale ledwie stał na nogach. Zaczęłam nerwowo szukać czegoś na ziemi ale w tym momencie zza moich pleców wystrzeliła jasna smuga i trafiła napastnika w pierś. Koleś walnął o drzewo po czym na jego łeb spadła gałąź. Od siebie dorzuciłam cios kamieniem w głowę i podbiegłam do kapturka bo właśnie miał upaść. Wtedy zauważyłam, że coś trzyma. Był to fioletowawy korzonek, kwiat składający się z włosków w odcieniu morskim, drugi kwiat o kształcie trąbki z fioletowymi listkami ciemniejącymi na końcach. I wtedy zrozumiałam co trzyma.
-Musimy go zanieść do domu.- powiedziałam.- Został otruty.
Inez zbladła ale pomogła mi dotaszczyć go do domu. Tam położyłyśmy go w sypialni moich rodziców a ja popędziłam na wierzę. Z ulgą zauważyłam, że specyfik zadziałał i zaczęłam zbierać liście wszystkich roślin uzdrawiających. Zagotowałam je we wrzątku po czym dodałam mały fragment liścia Krwawego Jadnika. Starłam go na proszek i dodałam do wrzątku. Po chwili rozpuścił się. Wzięłam mały łyk i zaczęłam czekać. Jeśli napój jest trujący to powinnam to poczuć po pięciu minutach. W razie czego są tu rośliny uzdrawiające. To było najdłuższe pięć minut w moim życiu ale na szczęście sama się nie otrułam. Wzięłam więc dzbanek i popędziłam z powrotem. Kocham tego co wymyślił korki, naprawdę. Dzięki niemu nic nie wylało się z dzióbka. Gdy byłam już  kuchni nalałam do kubka płyn i poszłam do pokoju rodziców. Nie zareagował gdy się do niego odezwałam. Ceramikę postawiłam na stoliku nocnym i odsłoniłam dolną połowę jego twarzy. Nie było to trudne bo nosił kominiarkę z siatką, która zasłaniała oczy.
Czemu nie odsłonisz całej jego gęby?
Z szacunku. Uniosłam jego głowę i wtedy się ocknął.
-Wpij to.- powiedziałam cicho i przytknęłam mu szklankę do ust. Znaczy się, próbowałam. Cały czas odwracał głowę. Pewnie ma halucynacje. Z braku innych możliwości i czasu wzięłam trochę płynu do ust. Najwyraźniej muszę tak to załatwić. Nachyliłam się i przelałam płyn do jego ust. Ale napotkałam kolejne utrudnienie. Gdy już udało mi się przelać część płynu do jego ust ten wplótł palce w moje włosy i nie pozwolił mi się zbytnio odsunąć. Musiałam się nieźle nagimnastykować by wziąć kolejną porcję płynu z kubka. Gdy już cały płyn znalazł się w jego żołądku udało mi się go położyć. Gdy jednak chciałam wyjść złapał mnie za rękę. Może i był słaby ale to nie zmienia faktu, że był silniejszy ode mnie. Westchnęłam i poprawiłam mu kominiarkę i kaptury.
-Zapomniałam wcześniej i podziękować. Przepraszam za to i dziękuję. A teraz śpij. Musisz odpocząć.
Wyszłam z pokoju i udałam się do salonu. Tam siedziała Inez i patrzyła na mnie w oczekiwaniu na jakiekolwiek wieści, nawet złe.
-I co?
-Będzie żył.
-Co mu podałaś?- zapytała.
-Antidotum.
-Skąd wiedziałaś co było w truciźnie?
-Trzymał jej składniki w dłoni.- odpowiedziałam.
-Widziałam jakiej metody musiałaś użyć.
Zakryłam twarz dłonią. Ale wstyd.
Jak stąd do Ziemi Suchej.
-Która godzina?- spytałam zmieniając temat.
-17:59.
-Jemy kolację?
-Zaraz ją przygotuję.
-Dzięki. Za tamto również.
-Drobiazg.
Odparła i skierowała się do kuchni. Ja również po chwili wstałam ale poszłam do łazienki. Gdy z niej wyszłam rzuciłam się na kolację, wykąpałam się i poszłam spać. Następnego dnia wstałam przed szóstą co nie za bardzo mnie ucieszyło. Nie ma się co dziwić, w końcu w normalny poniedziałek poszłabym do szkoły. Jednak dziś jest drugi maja co oznacza, że za dwa dni jest święto Kan. Święto Kan obchodzimy każdego miesiąca, jest to powitanie miesiąca. Pierwsze trzy dni każdego miesiąca są poświęcone na przygotowania w szkole i na ulicach. Zwykle pomagają klasy pierwsze i drugie liceum oraz gimnazjum i szkoła podstawowa. Inez została zwolniona przez alergię na kwiaty których na potęgę używa się w tym miesiącu. W innych miesiącach pomaga. Ja już jestem z tego zwolniona ale zgłaszam się na ochotniczkę i pracuję razem z blond-włosą. Weszłam do pokoju moich rodziców by sprawdzić stan kapturka. Ten już stał o własnych siłach.
-Jak się czujesz?- zapytałam.
-Tak, dziękuję.
-Nie ma za co.
-Co działo się podczas rozmowy z Silverfox’sami?
Opowiedziałam mu także o wizycie łowczyni.
Może jeszcze przegląd tygodnia mu zdasz.
Nie przesadzaj, powinien wiedzieć. Bądź co bądź jest teraz naszym opiekunem.
-Rozumiem.- powiedział tylko.
Po chwili weszła zaspana Inez.
-Gooości mamy.- powiedziała ziewając.
Spojrzałam na mistrza. On wzruszył ramionami a my poszłyśmy przywitać gości w piżamach. Inez miała dobrze, długie, różowe, piżamowe spodnie w króliki i białą koszulkę z różową małpką. Ja nosiłam białą, krótką koszulę z krótkim rękawkiem. Sięgała mi ledwie za kolano. Z niepewnością przeszłam do salonu gdzie były już herbata, kanapki i naczynia. Problem polegał na tym, że nie przypominam sobie bym miała taką zastawę. Oprócz tego był sok, mleko, płatki, tosty i grzanki. Nie wydaje mi się by Inez mogła zrobić to wszystko będąc półżywa. Goście, którzy na mój widok wstali, siedzieli przy stole, z którego pewnie starli kurz. Gośćmi byli dwaj chłopcy w moim wieku i trzy dziewczyny. Mieli na sobie identyczne koszule i marynarki. Dziewczyny nosiły spódniczki powyżej kolana i białe skarpetki pod kolano. Chłopcy mieli na sobie spodnie. Mundurki były w kolorze jasnej lawendy, koszule były białe a krawaty szare. Buty były płaskie i błyszczące. Paski przy brzegach spódniczki były w kolorze lawendy. Wiedziałam to tylko dlatego, że dziewczyna i chłopak przy szczytach stołu byli dla mnie całkowicie dla mnie widoczne. Dwie dziewczyny były blondynkami a trzecia miała rude włosy. Jedna z blondynek miała niebieskie oczy, druga brązowe a rudowłosa szare. Chłopcy byli bliźniakami. Obaj byli szatynami o zielonych oczach. Wszyscy się uśmiechali a ja nie wiedziałam co robić. Niepewnie zbliżyłam się do stołu i przywitałam się.
- Witaj Megan.- powiedziała niebieskooka siedząca u szczytu stołu, czyli obok mnie.- Nazywam Elissa Ladner, jestem uczennicą ostatniego roku szkoły Goldenowl. Rudowłosa,- wskazała dziewczynę obok niej.- to Jacqueline Matkey, uczennica trzeciego roku. Dalej siedzi Marissa Denvell i jest na drugim roku. A ci dwaj to kolejno Nathaniel i Nicholas Bluevalets. Są na pierwszym roku.
-W jakiej sprawie przyszliście?- zapytałam spokojnie.
-W tym roku kończysz szkołę. Chcieliśmy spytać czy będziesz chciała u nas studiować?
-A czy to nie zależy od wyników egzaminu końcowego trzeciej klasy?- zapytałam.
-Testy w pierwszej i drugiej klasie poszły ci świetnie. A u nas liczą się wyniki wszystkich trzech testów.
Ta, tutaj jest końcowy egzamin co rok. Mniej do nauki. Żałuję osobom, które całą wiedzę z trzech lat muszą wykuć na jeden test.
-Aha.
-To może zjemy śniadanie i pomówimy o czymś innym.- zaproponowała ruda czyli Jacqueline.- Cieszmy się wolnym póki je mamy.
-Co racja to racja.- powiedział jeden z bliźniaków.
Wszyscy zajęliśmy się jedzeniem śniadania i choć czułam się niezręcznie, próbowałam to ukryć. Udawało mi się to. Elissa wydawała się prowadzić rozmowę choć cały czas pytała mnie o zdanie w jakiejś kwestii a reszta czekała na moją odpowiedź. Po czym kiwali głową jakby zadowalała ich moja często długa wypowiedź. Po skończonym śniadaniu nasi goście pochowali naczynia, które jak dobrze się domyśliłam, wzięli ze sobą i wyjechali. Okazało się, że przyjechali większym samochodem a nie karetą czy niewiadomo czym. Odetchnęłam i opadłam na kanapę.
-Robi się coraz dziwniej i dziwniej.
-Co racja to racja.- przyznałam.
-To co?- zażartowała.- Jutro Blackroses?
-Oby nie.- westchnęłam.
Nawet nie zauważyłam pojawienia się mistrza.
-O co im chodziło?- zapytał.
-Zaprosili mnie na studia.
Oparłam głowę o poręcz kanapy Zakryłam sobie oczy ramieniem. Westchnęłam.
-Czy ten cyrk się skończy? Bezterminowe zaproszenie od rodu Silverfox, zaproszenie na bal od Steelheart, zaproszenie na studia od Goldenowl. To co będzie jutro?
-O. Rany.- usłyszałam Inez.
-Co się stało?
-Spójrz tylko.
Niechętnie podniosłam głowę. Właśnie wtedy doznałam szoku. Chłopak stojący w drzwiach miał może z 20 lat. Ciemnoblond włosy wyglądały jak szopa a koralowe tęczówki patrzyły to na mnie to na Inez. Mimo to wyglądał nieźle. Zrzucił też niepotrzebne warstwy ubrań w tym dwa płaszcze. Miał na somie ciemne spodnie i czarny płaszcz.
-Coś się stało?- zapytał, udając niewiniątko.
-Widzę twoją twarz?- zaproponowałam sarkastycznie.- Idź ty się uczesz. Wyglądasz jakbyś z buszu uciekł albo jakbyś pocierał włosy balonem.- utarłam mu nosa.
Ten zaśmiał się i cofnął się do pokoju.
-Głupia jesteś?- szepnęła.- On jest boski.
-Ale mógłby się uczesać.
Machnęła ręką a ja z powrotem położyłam się wygodnie. Zastanawiałam się czy będę dziś się uczyć tego samego co zwykle czy czegoś nowego. Nudziło mnie ciągłe rysowanie tego samego dwie godziny dziennie. Jednak nie dane mi było leżeć sobie długo bo mistrzu wrócił. Teraz dziwnie mi go nazywać mistrzem, nie wyglądał na dużo starszego ode mnie. Powiedział, że od razu zaczniemy ćwiczyć by nadrobić straty. Mogło być. Wstałam i ruszyłam do drzwi ogrodowych a Inez do frontowych. Ona ćwiczyła pod okiem kapturka.
-Możesz pójść sama?- zapytał Inez.- Chcę jeszcze zadać jedno pytanie Megan.
-Jasne.
I wyszła. Ciekawe o co może mnie zapytać. Spojrzałam na niego jeszcze chwilę wpatrywał się w ścianę ale po chwili odwrócił się i podszedł.
-Coś się stało?- zapytałam.
-Nie.
Nie spodziewałam się, że mnie pocałuje. Stałam jak słup soli i potrafiłam jedynie mrugać. Gdy chłopak odsunął się oparł czoło o moje.
-Obiecałem sobie, że to zrobię jak poczuję się lepiej.
Przez chwilę nie wiedziałam co powiedzieć. Nie musiałam, bo on po prostu założył mi włosy za ucho i poszedł trenować z Inez. Dopiero po chwili otrząsnęłam się i poszłam do kuchni po ciasteczka. Gdy wyszłam na dwór ominęłam miejsce w którym zwykle ćwiczyłam i udałam się na wierzę. Zaczęłam od robienia eliksirów. Na szczęście było tu wiele szklanych fiolek z korkami do ich zatkania i plakietkami do podpisu. Zaczęłam robić substancje przyśpieszające zdrowienie i wzrost roślin, wiele odtrutek i antidotum. To była świetna zabawa. Po czym zajęłam się ćwiczeniem symbolu. Najpierw stworzyłam sobie wygodną torbę na ramię na fiolki i sprzęt. On był następny w kolejce. Rysowanie znaku w wyobraźni szło mi coraz szybciej. Gdy zbliżał się czas w którym mistrzu zwykle sprawdza moje postępy, zjadłam resztę ciastek i zeszłam na dół z torbą. Ukryłam ją w krzakach i poszłam na miejsce.
Po chwili pojawił się i zapytał o postępy. Tym razem pokazałam mu co tak naprawdę potrafię. On tylko się uśmiechnął.
-Wreszcie się odważyłaś.- powiedział.
-To znaczy, że…
-Tak,- uśmiechną się.- wiedziałem. Jesteś moją uczennicą. To chyba jasne, że wiem o twoich postępach.
I znów nie wiedziałam co powiedzieć. Teraz zaczął mnie uczyć na poważnie. Powiedział, że skoro umiem tworzyć to powinnam nauczyć się niszczyć. Nie wszystkie rzeczy są potrzebne cały czas a mogą być tylko zbędnym bagażem. Zgodziłam się z tym. Chodziło o wywołanie symbolu i wyobrażeniu sobie jak dany przedmiot znika kawałek po kawałku ale płynnie. Wydawałoby się to łatwe ale okazało się wręcz przeciwnie. Gdy otworzyłam oczy jabłko zniknęło tylko do połowy. Mistrzu pochwalił mnie. Choć nie wiem za co.
-Jak ty się właściwie nazywasz?- zapytałam.
-A jak na mnie mówicie?
-Kapturek, mistrzu, koleś.
-Austin.- przedstawił się.

Po treningu postanowiłyśmy podzielić się naszymi postępami. Inez już umiała przywoływać Shen. Duchy pomocnicze, które wzywamy w razie problemów. Bywają różne, Wojownicze i Ochronne. Były również Lecznicze i Doradzające. Blondynce również spodobało się to co ja potrafię. Stworzyłam nam po lemoniadzie i położyłyśmy się na leżakach, które również przywołałam. Dzień jednak nie długo był piękny i słoneczny. Po chwili rozpoczęła się burza. W ostatniej chwili udało nam się uciec do domu. Zapaliłyśmy świeczki by uniknąć używania prądu i zagrałyśmy w chińczyka. Pogoda poprawiła się gdy już spałyśmy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz