Tak, ja nie mam co innego robić po nocach jak was dręczyć rozdziałem. Może być taki czy następny ma być krótszy? A może dłuższy? Ach rozdziały będą jak je ukończę. Narka.
Następnego dnia nie było tak źle jak wczoraj wieczorem
choć wiało. Oby pogoda poprawiła się do południa. Po śniadaniu siedziałam w
ogródku gdy do ogrodzenia podeszło dwoje dorosłych. Byłam zaskoczona ale ich ciemnoczerwony
ubiór zdradził, że to był ród który nas jeszcze nie odwiedził. Byli to dwaj mężczyźni.
Jeden miał taki sam odcień skóry co ja a jego towarzysz był blady. Ten pierwszy
miał czarne włosy a drugi był blondynem. Zastanawiałam się czego chcą. Jedynym
sposobem było zapytać. Podeszłam więc do ogrodzenia i po prostu zadałam
nurtujące mnie pytanie.
-Czy
nazywasz się Megan White?
Gdy
potwierdziłam blondyn przedstawił siebie i kolegę. Byli to się Roderick i Frank
Blackroses.
-Czy
twój ojciec nazywał się Horace a matka Coralie?
Potwierdziłam.
Zapytali czy moja siostra to Sophia. Potwierdziłam. Nie chciałam mieć
psychiatrów na karku. Choć nie mogłam się przy tym nie skrzywić. Chciałabym być
sobą.
Przy mnie możesz.
Dzięki.
Brunet powiedział, że go znał bo chodził z nim do klasy. Żyli w jednym domu.
Byli rodziną.
-Raczej
w to nie wierzę.- odparłam.
Wtedy
pokazano mi stare drzewo genealogiczne. Było stare i nie miało nawet zdjęć.
Niedaleko końca widniało imię mojego taty z odnogą do imienia mojej mamy. Nie
uwierzyłam w to. Oddałam dokument. Wtedy zaproponowano mi, żebym zamieszkała w
domu Głowy rodu, który maił być ponoć moim dziadkiem. Poprosiłam o czas do
namysłu, zgodzili się wrócić jutro i odeszli. Ja natomiast popędziłam do domu i
sprawdziłam plecak. Był gotowy więc popędziłam po torbę którą stworzyłam. Wtedy
w moim pokoju pojawiła się Inez.
-Co
się stało?
Powiedziałam
jej o rozmowie z Blackroses jak również
o tym, że zamierzam odejść przed ich powrotem. Nie zaufałam tym ludziom i
niepokoiło mnie to, że zaczęli podawać się za moją rodzinę.
-Możemy
wyjechać na parę dni. Nie trzeba od razu uciekać.
A jeśli nawet będzie niebezpiecznie to zdaj się na
mnie. Pamiętaj.
-To
gdzie jedziemy na tę wycieczkę?
-Może
do Ziemi Suchej?- zaproponowała.
-Niech
ci będzie.
Was posrało?! Czy wiecie co tam się dzieje?
Oczywiście, że wiecie. No nie wierzę.
Jeździ
tam wiele wycieczek trzeba tylko pilnować czasu.
Jesteście głupie i tyle.
Może.
Teraz chcę tylko pojechać tam i być daleko stąd. Zbyt wiele się wokół mnie
dzieje. Nie chcę takiego życia. Tak innego od tego które kocham i które znam.
Nie wiem co robić gdy wszyscy pytają mnie o zdanie, gdy wszyscy słuchają
każdego mojego słowa, gdy wszyscy cały czas najchętniej nie odstępowali mnie na
krok. Bo tak najczęściej mają ci wszyscy z rodów. Wieczne chodzenie z obstawą a
wszyscy traktują cię jak jajko. Z resztą, to jest mniej ważne. Skąd to całe
zainteresowanie? Całe 18 lat nic i tu nagle bum! Co ja? Eksponat muzealny?
-No
to co? Pakujemy się?
Patrzę
na nią wymownie.
-A
co ja potrafię?
-A
no tak.- powiedziała.
-Kiedy
jedziemy?- zapytałam.
-Możemy
dziś. Tam się długo jedzie
Aż tak wam się śpieszno do grobu?
Nie
przesadzaj.
-Jak
to dobrze, że jestem kierowcą.- powiedziałam.
-W
sumie racja. I auto ci się w garażu kurzy.
-I
zostało miesiąc temu uruchomione.- dodałam.
-I,
że nas mój tata do takich wyjazdów namawia. Nieważne kiedy.
-Jak
to dobrze być świetną uczennicą i móc sobie wyjechać w czasie roku. Legalnie.
-To
może jednak się spakujemy, skoro jedziemy autem?- zaproponowała Inez.
-Leć
się pakuj.
Ja
natomiast wstałam i zaczęłam się pakować. Wyciągnęłam torbę i zaczęłam się zastanawiać
co do niej włożyć. Ziemia Sucha nie zyskała swojej nazwy przez to, że jest tam
pustynia czy lodowiec. O nie. Nikt nie wie co tam się wydarzyło ani dlaczego.
Jednak to co się stało spowodowało wyludnienie miasta do połowy, resztę
ewakuowano a potem trzeba było zabić. Wysłano tam żołnierzy, którym przydarzyło
się do co mieszkańcom wsi. Kiedyś to była Isawa a teraz Ziemia Sucha. A co się
stało mieszkańcom? Zmieniają się w… coś. Szara skóra, atakowanie innych i…
rozszarpywanie ich na strzępy. Straszne. Okazało się jednak, że jeden z
żołnierzy przeraził się i uciekł po dwunastu godzinach. Nic mu nie było.
Obserwowali go przez dziesięć dni. Nic. Prowadzonych jest tam wiele wycieczek a
każdy z wchodzących otrzymuje zegarek, który odlicza dwanaście godzin w dół.
Jeśli w tym czasie nie wrócisz na granicę wsi to nie masz po co wracać. Chyba,
że po śmierć. Jednak my zamierzałyśmy spędzić tam nie więcej niż sześć.
Zwiedzić parę domów, szkołę i plac zabaw obok niej. Do torby spakowałam bluzę,
dwie pary spodni, wygodne buty, trzy bluzki, (dwie z krótkim rękawem i jedną z
długim), bieliznę i skarpetki. Natomiast aparat, portfel, telefon i krakersy
dołożyłam do plecaka. Po drodze sprzątnęłam klucze z szafki i napisałam
wiadomość do Austina.
-Kto
to?- zapytała limonkooka zaglądając mi przez ramię.
-Nie
powiedziałam ci, że to imię naszego kapturka?- odpowiedziałam pytaniem na
pytanie.
Serio
o tym zapomniałam?
Aha, serio.
Blondynka
potwierdziła słowa głosu.
-Kurczę
no. Zapomniałam. Przepraszam.
-Spoko.
To co, idziemy?
Samochodu
nie ma tutaj. Stoi w garażu taty Inez. Dla bezpieczeństwa. Gdy dotarłyśmy na
miejsce Inez powiedziała dorosłemu gdzie i mniej więcej na ile jedziemy. Był
zachwycony i żałował, że też nie może jechać. Cieszył się, że wreszcie
postanowiłyśmy się rozerwać.
Byle nie na strzępy.
Dobra,
okej, odpuść. Wsiadłyśmy do samochodu i wyjechałyśmy z garażu a po jakimś
czasie z miasta. Wieczorem wjechałyśmy do wsi graniczącej z Isawą, Natwe. Tutaj
zawsze pada deszcz, nawet zimą. Natomiast w Isawie ciągle było słonecznie,
jakby z ironni. Na granicy zawsze można było dostrzec tęczę, kolejny żart
przyrody. Wiecznie słoneczko i tęcza. A jak zostaniesz na cały dzień to
zmieniasz się w potwora. Wesoło? Nie sądzę. W Natwe wynajęłyśmy pokój w hotelu
blisko granicy i po kolacji położyłyśmy się spać. Następnego dnia po śniadaniu
wzięłam plecak, torbę i ruszyłyśmy. Wsiadłyśmy do autobusu gdzie dostałyśmy
zegarki, na granicy miałyśmy je uruchomić. Przekroczyłyśmy granicę gdzie przez
jakiś czas wpatrywałam się w kolorowy efekt deszczu i słońca na niebie. Budynki
były stare. Odchodził od nich tynk, szyby były wybite a drzwi wisiały na
zawiasach. Ubrania i inne przedmioty codziennego użytku walały się po ziemi, w
wysokiej trawie, na ulicy, wisiały na płotach, drzewach i krzakach. Nowe
wiatraki obracały się wolno. Tu zawsze wieje więc postawiono je by zasilały w
energię elektryczną pobliskie wsie. Wysiadłyśmy na pierwszym przystanku i
ruszyłyśmy do budynków. Dziwnie tak było patrzeć na porzucone w pośpiechu
talerze, zabawki, ubrania. Przechodziłam przez pomieszczenia i patrzyłam na
stare meble, na pokoje które ktoś opuścił. Na domy które kiedyś były czyjąś
ostoją. Po dwóch-trzech godzinach wyruszyłyśmy w kierunku szkoły. Droga wiodła
przez jakiś las. Ja i Inez cały czas rozglądałyśmy się. Szczerze? Gdybyśmy
wiedziały, że droga wiedzie przez las to nie wybrałybyśmy tego obiektu. Jednak
postanowiłyśmy więc przejdziemy. Po jakimś czasie wreszcie ukazał nam się
budynek. Był stary i zniszczony. Na ścianach były graffiti a tynk odpadał. Szyb
w oknach prawie nie było. Obraz nędzy i rozpaczy. Powili weszłam do budynku i
zaczęłam przechadzać się po budowli. Było tu wiele starych rysunków. Od razu
zaczęłam robić zdjęcia. Nie wiem czy są ładne czy coś ale one są na pamiątkę a
nie na wystawę. Gdy już miałam dość tego ponurego nastroju szkolnego wyszłam na
plac zabaw- w inny ponury nastrój. Wisiało tu kilka huśtawek, była jedna
karuzela i pół drugiej, resztki drabinek i piaskownica. Walały się również
zabawki do piasku i jedna lalka bez oka na huśtawce. Wiatr omal nie zerwał mi
czapki. Było tu zimno co potęgowało depresyjną aurę tego miejsca. Mimo
świecącego z całą mocą słońca zadrżałam.
-No
to co? Wracamy?- usłyszałam Inez.
Odwróciłam
się w jej stronę i zamarłam. Za nią stało to coś ale tyłem do nas więc pewnie
nas nie widziało.
-Inez,
ci. Chodź tu teraz do mnie ale powoli.- szepnęłam.
-Co?
-Cicho,
kretynko. Śpieszno ci do grobu?
Chyba
właśnie wtedy zrozumiała i zaczęła wolno podchodzić w moim kierunku. Patrzyłam
to na nią to na stwora. Bałam się nawet oddychać. I gdy już była dwa kroki ode
mnie pod jej stopą trzasnęła gałązka. Stwór odwrócił się.
A widzisz! Co wam było się tu pchać?
Ale
ja nie dam się tak łatwo. Gdy ten zaczął się zbliżać ja schowałam rękę za plecy
by stworzyć sobie jakąś broń ale w tym momencie to coś skoczyło i było już dwa
metry od nas. Zrobiłam krok do tyły gdy to coś chciało wykonać kolejny skok.
Stało się coś dziwnego. Ledwie to coś oderwało się od podłoża a po chwili
upadło w bok w plamę ciemnoniebieskiej krwi. Nie wiedziałam co robić. Dopiero
po jakimś czasie zaczęłam się rozglądać. Nikogo. Żadnego tajemniczego strzelca.
To było dziwne i straszne.
-Chyba
na tym skończymy naszą wizytę.- powiedziała przerażona Inez.
-Tak,
z przyjemnością stąd odejdę. Tak może.. hm, na zawsze?- zapytałam dziewczynę.
-Na
amen.
Macie więcej szczęścia niż rozumu.
Tak
wiem ale nie będziemy już kusić losu i idziemy sobie. Ruszyłyśmy w drogę
powrotną ale ja ciągle się rozglądałam. Ktoś przecież musiał strzelić. Tylko
kto? Ponoć o tej godzinie wojsko dopiero przyjeżdża i sprawca broń. Czyszczą
teren trzy razy dziennie: rano i południe i pod wieczór. Właśnie zbliżało się
południe. Szybko chciałyśmy stąd wyjść. Nagle zauważyłam jakąś postać. Była w
cieniu. Zatrzymałam się.
-Hej
ty.-powiedziałam.
Inez
również się zatrzymałam. Postać zaczęła podchodzić a ja zauważyłam, że był to
jakiś koleś… i że miał szarą skórę. Zamarłam. To coś ze spokojem wpatrywało się
we mnie co dało mi czas by się temu przyjrzeć. Miał stary mundur co wskazywało,
że był jednym z pierwszych żołnierzy. Tych, którzy nie wiedzieli co grozi za
przekroczenie granicy, jaką daje czas. Było mi go żal. Dopiero później
zauważyłam lśniącą broń.
-To
ty wtedy strzeliłeś.- powiedziałam.
Niespodziewanie
podszedł i podniósł mnie, obejmując w talii i przycisnął mnie do siebie. Byłam
przerażona i zaskoczona. Trochę dziwnie czułam się z czyimś oddechem na
dekolcie. Starałam się nie ruszać bo nie wiadomo jaką reakcję to wywoła.
-Megan.-
pisnęła Inez.
Uścisk
wzmocnił się. Poczułam i usłyszałam westchnięcie. Podniósł głowę i z powagą
spojrzał mi w oczy.
-Dziękuję.-
powiedział.
Ja
natomiast oniemiałam i zgłupiałam. Czy te istoty powinny mówić skoro ponoć nie
używają mózgu?
A co cię to? Ważniejsze jest pytanie czy rozszarpie
cię na strzępy czy nie.
-Za
co?- zapytałam.
-Nie
ważne.
Postawił
mnie na ziemi ale nie puścił. Czułam się trochę niezręcznie gdy ten teoretyczny
potwór z przekrzywioną głową zgarniał mi włosy za ucho. W mojej głowie coraz to
szybciej zaczęły wirować nazwy ziół w końcu nie wytrzymałam i odsunęłam się od
niego po czym usiadłam na ziemi. Chciałam zabrać się za robotę ale on usiadł za
mną i usadził na swoich klanach. Nie zwracałam na to uwagi. Nie wiedziałam co
robię ale wykorzystałam wszystkie zioła neutralne. Nie znałam takiego przepisu
ale co mi tam. Do stworzonej substancji dodałam środek przyśpieszający gojenie
się ran, zatkałam fiolkę i potrząsnęłam nią. Wyjęłam korek i go powąchałam. O
to chodziło. Nie wiem czemu o to chodziło ale taki było. A o co chodziło to
wiedziałam najmniej. Jednak wiedziałam jedno. To było dla niego. Podałam mu to.
Myślałam, że będzie mi zadawać jakieś pytania ale on po prostu spojrzał mi w
oczy i to wypił. Skrzywił się i położył ciągnąć mnie za sobą. Przyciskał mnie
do siebie, jakby to miało mu ulżyć w bólu. Nie wiedziałam czemu wystąpiła taka
reakcja. A może go otrułam? Wiem tylko,
że po bardzo długim jak dla mnie czasie wszystko ustało. Czyżby umarł?
Na nieszczęście nie.
Uff.
Odbiło ci.
Natomiast
on przycisnął moją twarz do swojej piersi i zaczął mnie głaskać po głowie.
-To….-
i urwał.
Usiadł
i zerwał rękawiczkę. Jego skóra nie była szara tylko zdrowa. O rany! Ja to
zrobiłam?
-Mam
ochotę się w tej rozebrać by sprawdzić czy to prawda.
-A
co ja złego zrobiłam, że mam na to patrzeć?- zapytałam.
A ja?
Mam
nadzieję, że nie jesteśmy kozłami ofiarnymi. On natomiast spojrzał na mnie z
czułym uśmiechem.
-Przepraszam.
-To
idziemy?- zapytała nerwowo Inez.
-Jasne.-
odparł za mnie chłopak i zaczął wszystko pakować co poszło mu zdumiewająco
szybko. Podał mi torbę, wstał i podniósł mnie.
-Umiem
chodzić. To całkiem nieźle wychodziło mi przez ostatnie paręnaście lat.
Naprawdę.- powiedziałam zawstydzona.
-Chcę
się jakoś odwdzięczyć.
-Wystarczy
zwykłe dziękuję. Co nie Inez?- pytam blondynki.
-Święta
racja.- poparła mnie.
On
jednak to przemilczał.
-Musisz
mnie jednak postawić. Nie mogą się zorientować, że jesteś stąd.
To
go przekonało i postawił mnie na ziemi. Stworzyłam taki zegarek jaki my
miałyśmy ale nastawiłam go inaczej. Mnie i Inez zostały cztery godziny, jemu
nastawiłam na trzy.
-Dzięki
temu uznają, że spotkaliśmy się tutaj więc nie będą cię kojarzyć z naszym
przyjazdem.
Pokiwał
głową i znowu mnie podniósł. Serce zagroziło mi zawałem gdy prawie przy samym
przystanku zauważyliśmy wojsko. Wtuliłam twarz w ramię chłopaka i zaczęłam
udawać, że śpię.
-Osłabła
dlatego, że to zrobiła?- zapytał.
-A
jak inaczej chciałeś wyjaśnić wojskowym czemu ją niesiesz? Od momentu w którym
się zmieniłeś minęło dużo czasu. Możesz budzić podejrzenia.
Inez
i były potwór ruszyli na przystanek.
-Hej
wy.- krzyknął ktoś stamtąd.
-Słucham?-
odezwała się Inez.
-Co
jej jest?- zapytał jeden z żołnierzy, ten sam który nas zawołał.
-Ciężki
dzień.
Kłamanie
można było spokojnie zostawić w rękach Inez. Była w tym prawdziwą mistrzynią. Z
resztą, ludzi z poza naszego miasta dekoncentrował kolor jej oczu.
-A…ha
a czemu właściwie?
-Jakby
pan musiał się wykłócać o każdą wolną chwilę, to też byłby pan zmęczony. Po
prostu zasnęła.
Poczułam
jakąś dłoń na nadgarstku, mierzącą mi puls.
-Tętno
jest przyśpieszone.-zauważył.
Niech to. Cholera musi być spostrzegawcza.
-Pewnie
coś jej się śni.- odparła gładko dziewczyna.
Zakładam,
że nawet jej powieka nie drgnęła. Następnie ten ktoś dotknął mojego czoła ale
udawałam, że śpię więc nie mogłam nawet drgnąć.
-Ma
podwyższoną temperaturę.- powiedział to tak jakby kogoś o to oskarżał.
Szlak
by to! Zupełnie zapomniałam, że po stworzeniu czegoś temperatura mi skacze!
Inez tylko westchnęła.
-A
mówiła, że już całkiem dobrze się czuje. Musiało jej bardzo zależeć na tym by
gdzieś wyjechać.
-Odwiozę
was.- zaproponował.- Porucznik Anthony Reymont.
-Nie
trzeba, poczekamy na autobus.
-Półtorej
godziny? Nie sądzę.
I
została pokonana.
-No
dobrze.
Zdjęto
nam zegarki i zaczęła się droga to tajemniczego auta. Po chwili wedle rozkazu
zostałam posadzona z przodu, co było trochę krępujące. Na szczęście kłamstwa i
udawania, tak jak Inez uczyłam się od prawdziwego mistrza, jej taty. Po
przepytaniu Inez przez porucznika gdzie się zatrzymaliśmy i paru innych
pytaniach „obudziłam się”. Na początku zaczęłam się rozglądać, po czym
spojrzałam na kierowcę.
-Ty
kto?- spytałam „sennie”.
Gdy
się przedstawił bąknęłam coś i ziewnęłam. Tym razem ja byłam przepytywana ale
wkręciłam się w wersję Inez i domyśliłam, że teraz już mieszkam gdzie indziej
ale, że dopiero od wczoraj więc i tak nie ominęła mnie sprzeczka.
-Już
myślałem, że trzeba będzie interweniować.-powiedział.
-Po
prostu czekałam do osiemnastki. Wiesz, by móc w spokoju opuścić tamto miejsce.
-Więc
niedawno miałaś urodziny.
-Za
tydzień.- odparłam.- Stąd ta kłótnia.
-Ja
mam 25 lat.
-Nie
obraź się ale wyglądasz na dziewiętnaście.
-Nie
obrażam się.- odparł.
-Nie
wyglądasz też na porucznika.- dodałam.
-Akurat
to zabolało, wiesz?
-Przepraszam,
taka prawda.
Dalej
do rozmowy przyłączyła się Inez. Tylko tamten milczał. Przypomniało mi się o
dzisiejszym święcie. Powiedziałam Inez a ta walnęła się w czoło.
-Na
śmierć zapomniałam.
-Jakie
święto?- zainteresował się porucznik.
Wyjaśniłam
mu na czym polega święto Kan obchodzone w naszym miasteczku. Wyjaśniłam, że
trwa wtedy wielki festyn, jest wiele smakołyków i rozrywek.
-I
jest wtedy wolne.- powiedziała limonkooka.
-Tak
co miesiąc? Nieźle.
-Ale
wakacje zaczynają się dopiero w lipcu.- powiedziała.
-Jak
się nazywacie?- zapytał.
Jeszcze pesel podaj.
Nie
przesadzaj.
-Ja
jestem Megan.- powiedziałam
-Inez.
-Charles.-
powiedział chłopak.
Czyli tak on się zwie.
Najwyraźniej.
-Mogę
poświętować z wami?- zapytał porucznik.- Nigdy tego nie obchodziłem.
-Jak
myślisz, Inez? Może?
-Ta,
czemu nie?
Gdy
weszliśmy do pokoju hotelowego w duchu podziękowałam za kuchnię. Od razu się
tam zamknęłam i wzięłam się do roboty. Każde danie musiałam stworzyć oddzielnie
co zajęło mi masę czasu. Typowa świąteczna kolacja składała się z: sałatki z
kurczakiem, sałatki bez mięsa, ciemnego pieczywa, maślanych bułeczek, koziego
sera, szynki z kurczaka, kurczaka smażonego z ananasem i brzoskwinią, ciasta
owocowego, koktajlu z owoców, ciasteczek owsianych oraz lodów, które stworzę później. Inez pomogła mi
wszystko zanieść w takiej kolejności w jakiej wcześniej wymieniłam. To było
kluczowe.
-No
nieźle. Prawdziwa uczta.- powiedział porucznik.- Ale chwila.- dotknął mojego
czoła.- Znowu gorączka ci skoczyła.
-Jak
zjem to będzie mi lepiej.-mruknęłam.
Usiedliśmy
przy stole i zaczęliśmy jeść. Porucznik starał się rozruszać towarzystwo, Inez
cały czas się śmiała, ja próbowałam wciągnąć Charlesa do rozmowy ale on tylko
zadawał jedno pytanie.
-Jak
się czujesz?
-Dobrze.
Ale rozmawiaj z nami.
Znowu
milczenie.
-To
chociaż coś zjedz. Nie robiłam tego by to wyrzucić.
Teraz
chociaż posłuchał. Westchnęłam i wróciłam do rozmowy z Inez i porucznikiem.
-Panie
poruczniku…- zaczęłam ale mi przerwał.
-Anthony.
To jest moje imię.
-Więc
czy nie powinieneś być na Ziemi Suchej?- zapytałam.
-Nie,
miałem ich tam tylko zawieść i wydać rozkazy.
-Rozumiem.
Dalej
rozmowa toczyła się już luźno, Inez cały czas była w imprezowym nastroju a
Charles dalej milczał. To mnie trochę irytowało ale co miałam powiedzieć. Po
22:00 porucznik Anthony wyszedł. Inez poszła pozmywać a ja opatuliłam się kocem
i położyłam na kanapie. Gorączka bywa męcząca. Niemalże zasnęłam.
-Przepraszam.-
powiedział Charles.
-Nie
ma za co. Mogłeś jednak być bardziej rozmowny.
-Nie
wiedziałem o czym z wami rozmawiać. Nie znam tego świata.
-Przepraszam.
-Nie
masz za co.- kucnął obok mnie.-To ja cię przepraszam. Jak się czujesz?
-Jestem
tylko trochę zmęczona.
-Ale
ponoć masz gorączkę.
-To
po tym tworzeniu.- powiedziałam.
Był
tym zaniepokojony.
-Nie
martw się. Wystarczy, że się prześpię.
To
go uspokoiło. Spytał gdzie mam mieć pokój a gdy odpowiedziałam, podniósł mnie i
zaniósł tam. Gdy tylko moja głowa dotknęła poduszki, zasnęłam. Znów obudziłam
się późno w nocy i od razu dostałam zawału. Nade mną pochylał się znany
aczkolwiek nieznany zbok.
-To
ty.- warknęłam szeptem.- Mam przez ciebie zawału dostać?
-Nie
trzeba było przede mną uciekać.
-Ale
ty masz nadmuchane ego.- zakpiłam.- To zwykła wycieczka, debilu.
-Nieważne.
Kara musi być.
Przycisnął
twarz do mojego brzucha i wypuścił powietrze. Pisnęłam i odepchnęłam go.
-Nie
rób tak!
-Tak
czyli jak?- kpił.
-Tak.
-Czyli
jednak mogę.
I
powtórka z rozrywki.
-Nie,
nie tak! Nie.
-Więc
mogę.
Znowu.
-Przestań!
-Ale
co?
-Przekręcać
moje słowa!
-Ja
ich nie przekręcam. Więc nie mogę tak nie robić?
-Tak.
Znaczy nie!
Ale
było już za późno. Nagle wpadli Inez i Charles.
-Co
tu się dzieje?- spytała przerażona blondynka.
-On
mi w brzuch pierdzi.- poskarżyłam się.
-Co?-
zapytali zgodnie.
-To.-
odparł świr i znów tak zrobił.
-No
przestań w końcu!- krzyknęłam na co się zaśmiał.- Ty chamie jeden!
-O
przepraszam. Szynką nie jestem.
No walnij go po prostu.
Spróbowałam
go walnąć w pierś ale złapał mnie za rękę.
-Nieładnie
maleńka.- pocałował mnie w czoło.- Do zobaczenia.
I
zniknął. Odetchnęłam z ulgą i spojrzałam na przybyszy.
-Dzięki.
Pewnie gdybyście nie przyszli o by tu był. Debil jeden.
Charles
spytał o co chodzi ale przerwałam Inez wyjaśnienia mówiąc, że „źle się ostatnio
zachował”.
-A
on ma imię?- zapytała Inez.
-Jego
imię nie jest ważne.
Westchnęła,
życzyła miłej nocy i wyszła. Chłopak został.
-Jak
się czujesz?- zapytał.
-Dobrze.-
skłamałam. Wciąż kręciło mi się w głowie.- Mówiłam, że wystarczy trochę snu.
-Rozumiem.
Dobranoc.
Wyszedł
a ja podeszłam do okna. Chciałam je zamknąć ale zauważyłam coś na parapecie.
Były to jakieś leki z przywiązaną karteczką. „Witaminy dla mojej małej. Lepiej
weź je z własnej woli” głosił napis. Niech go szlak jasny trafi. Jednak
grzecznie wzięłam jedną tabletkę. Nie mam ochoty na wmuszanie we mnie
czegokolwiek. Zakręciłam buteleczkę i wrzuciłam do plecaka po czym wróciłam do
przerwanej czynności jaką był sen. Byłam
w parku… znaczy we śnie. Siedziałam na huśtawce a wokół bawiły się dzieci.
-Tak
tu sielsko, że zaraz rzygnę.- odezwał się głos po lewej.
Rozpoznałam
ten głos, dość długo słyszałam go w głowie.
Odwróciłam się i ujrzałam młodą dziewczynę. Mogła być w moim wieku. Była
bodajże induską z białymi włosami i oczami w odcieniu gorącego różu.
-Co,
rozpoznajesz mnie tylko jako głos?
-Pierwszy
raz widzę kogoś o podobnej karnacji do mojej.- wyjaśniłam.- To trochę dziwne.
-Ludzie
w twojej okolicy już się przyzwyczaili.
-Do
mojej skóry? Tak. Do mnie? Nie. Równie dobrze mogłabym być torturowana a oni
nic.
Zapadło
milczenie. Po jakimś czasie postanowiłam zapytać ją czemu się pokazała.
Odparła, że ktoś musi mnie tego nauczyć. Nie wiedziałam o jakie „to” jej
chodzi. Wyjaśniła mi, że moja mama miała pewną zdolność i pewnie ją
odziedziczyłam.
-Aha.-
odparłam ostrożnie.- Boli?
-Tylko
na początku. No to dawaj plecy.- powiedziała i zatarła dłonie.
-Co…?
Nim
zdążyłam powiedzieć coś więcej sceneria zmieniła się. Teraz byłam w białej
sali, która podejrzanie przypominała gabinet lekarski. Po chwili zorientowałam
się, że siedzę na szpitalnym łóżku. Co było dziwne.
-Co
to- wskazałam na łóżko.- tu robi?
-To
jest wygodniejsze. A teraz połóż się na brzuchu.
-No
dobra. Ale co chcesz zrobić?
Położyłam
się a ona odsłoniła mi plecy. Ostrzegła, że może zaboleć i dała mi coś do
przygryzienia.
-Byś
nie ugryzła się w język.- odpowiedziała na moje nieme pytanie.
Po
chwili ucieszyłam się, że jej posłuchałam. Najpierw poczułam coś zimnego na
skórze. Ostrzegła, że od teraz będzie boleć. Nie myliła się. Bo wiecie cięcie
kogoś na żywca nie łaskocze, niestety. Darłam się, jednocześnie zaciskając
zęby.
-Jeszcze
tylko osiem… sześć….
Miałam
ochotę uciec. Szkoda tylko, że nie mogłam się ruszyć. Łzy cisnęły mi się do
oczu a na plecach czułam coś lepkiego i ciepłego. Niech to się skończy.
-…
cztery… dwie…
Miałam
ochotę ją czymś walnąć ale nie byłam pewna czy dam radę.
-Już.-
powiedziała w końcu.- Już po wszystkim.
Teraz
zaczęłam ryczeć na całego. Trzęsłam się i nie mogłam normalnie oddychać. Czemu
ten cholerny sen musiał być tak realistyczny? Zamknęłam oczy a po otwarciu ich
widziałam pokój hotelowy. Uderzyły mnie dwie rzeczy. Pierwsza to fakt, że
miałam coś w buzi. Drugą było ciepłu płyn na plecach. Wyplułam to co okazało
się zwiniętym prześcieradłem i zaczęłam wołać Inez. Wpadła do pokoju jak burza
zapaliła światło i zaczęła się drzeć. Więc po chwili pojawił się i Charles.
Zaklął i podniósł mnie z poduszką na której to z niewiadomych względów leżał
mój tułów. Byłam mu za to wdzięczna bo koszulka, którą miałam była podwinięta.
Blondynka zgarnęła ważne rzeczy i po chwili byliśmy na korytarzu. Nie trzeba
było długo szukać pomocy. Spotkaliśmy kogoś na parterze.
-Co
się stało?- powiedziała jakaś kobieta.
-Nieważne!
Gdzie jest szpital?- Inez była roztrzęsiona.
-W
pobliżu ale to klinika wojskowa.
-Srał
to pies.- jęknęłam.
-Ona
jest przytomna?- zapytała zaskoczona kobieta.
-Nie,
kurwa. Brzuchomówcą jestem.- warknęłam co bardziej przypominało skomlenie.
-Zawiozę
was.
Ruszyliśmy
do jakiegoś samochodu i po krótkiej acz nieprzyjemnej jeździe byliśmy na
miejscu. Był to niski szary budynek. Jednak nie wiele widziałam wewnątrz.
Jedynie kremowe ściany i drewnianą podłogę. Potem zostałam położona na coś,
zawieziona gdzieś i podano mi znieczulenie ogólne. Dalej była błoga ciemność.
Po obudzeniu nic mnie nie bolało ale czułam się ospała. Rozejrzałam się.
Ujrzałam Charlesa uśmiechającego się z ulgą i Inez kłócącą się z … porucznikiem
Anthonym?
-Jak
to nie wiecie co się stało?!- spytał pewnie po raz który.- Byliście niedaleko!
-Możesz
nie wrzeszczeć?- mruknęłam niezadowolona.
-Przepraszam.
Jak się czujesz?
-Czuję
się oszołomiona. Czy to normalne?- zapytałam.
Potwierdził
to. I spróbowaliśmy normalnie rozmawiać. Po chwili porucznik musiał iść i
zaczęłyśmy tłumaczyć chłopakowi to czego nie znał. Musiałyśmy jednak przerwać
bo przyszedł lekarz. Pokazał mi co mam na plecach. Składał się z czterech v.
Dwa nakładały się na siebie jedno było normalne a drugie do góry nogami. Pod
spodem był drugi taki symbol był pod spodem i stykał się z tamtym. Niemalże się
nie zachłysnęłam się powietrzem. Wiem co to jest. Ale dlaczego ona wyryła mi na
plecach właśnie ten symbol? Czyżby o czymś wiedziała? Blondynka spojrzała na
mnie zaskoczona. Spytałam lekarza kiedy mnie wypiszą.
-Jutro
albo za dwa dni. Wszystko zależy od ran.
-Rozumiem,
dziękuję.- powiedziałam.
Dalej
rozmawialiśmy o tym co lubimy. Po kilku godzinach Inez i Charles zostali
wyproszeni i zostałam sama. Niedługo po tym zasnęłam. Następnego dnia okazało
się, że nie wypiszą mnie tego dnia. Odwiedzili mnie Inez i Charles a po
południu wpadł porucznik i przyniósł mi owoce i sok.
-Dziękuję.
-Nie
ma za co. Jest lepiej?- zapytał.
-Tak
ale dla pewności wypuszczą mnie jutro.
-Nie
nudzi ci się tu?
-Głównie
śpię, jem albo rozmawiam z innymi.- odpowiedziałam.
-Mam
nadzieję, że nie ma to nikogo wrednego.
-Nawet
jeśli są to sobie z nimi poradzę.- upewniłam go.
Zaśmiał
się. Rozmawialiśmy jeszcze tylko chwilę, bo musiał iść. Reszta dnia minęła mi szybko i po 23
zasnęłam. Znowu obudziłam się w nocy i znów nie byłam sama. Nade mną pochylał
się ten wariat. Leżałam do niego plecami a on opierał się jedną ręką koło mojego
brzucha, trzymając mnie za ręką, drugą głaskał mnie po głowie.
-Hej
maleńka.- szepnął.
-Jaka
cholera cię tu przymiotła?
-Jak
zwykle uprzejma. Martwię się.
-To
skończ i spadaj.- warknęłam szeptem.
-Nigdy.
-Nie
chcę ci tu. Z resztą nie jesteś prawdziwy.- skłamałam.
-Nie?-
jego twarz znalazła się tuż nad moją.- Nie dajesz mi wyboru jak tylko cię
przekonać, że istnieję.
Poczułam
na skroni jego nos. Podniósł moją rękę do ust a potem zaczął bawić się moimi
palcami. Przycisnął dłoń do swojego policzka i dopiero po jakimś czasie udało
mi się ją wyrwać.
-Reagujesz
czyli istnieję.
Niech
to, udało mu się zwyciężyć.
Przepraszam.
O,
kto tu się odezwał. Myślałam, że już ci się znudziło.
Nie znudziło mi się. Po prostu… przepraszam.
Będziemy
kwita jak później wyjaśnisz mi o co chodzi.
Dobrze.
Wyraźnie
poprawił się jej humor. Ja jednak musiałam się jego pozbyć. Tylko jak? Hm…
zobaczymy czy kłamie z tą troską.
-Idź
wreszcie. Ja chcę spać.
-Dobranoc.
Pocałował
Mie w skroń i znowu po prostu zniknął. Więc albo chce mnie nabrać albo naprawdę
się martwi.
Moim zdaniem udaje. Za pierwszym razem nie zrobił
pewnie tego co chciał więc teraz szuka innej metody.
Możesz
mieć rację. Jednak ja chcę spać.
W takim razie dobranoc. Nie będę już grzebać w
twoich snach.
To
świetnie. I zasnęłam. Śniła mi się mama. Uwielbiałam ją. Miała ten sam odcień
skóry co ja ale nie wychodziła z domu. Miała blond włosy i oczy koloru malin.
Zawsze zajmowała się mną i siostrą. Jednak w tym śnie Meg nie było a mama
mówiła: „Chodź, kochanie. Musisz kogoś poznać.”; „To niespodzianka” i „Na pewno
go polubisz”. Było to dziwne ale nim się wszystko wyjaśniło zostałam obudzona
na śniadanie.