sobota, 30 sierpnia 2014

Nowy Rozdział 2

Tak, ja nie mam co innego robić po nocach jak was dręczyć rozdziałem. Może być taki czy następny ma być krótszy? A może dłuższy? Ach rozdziały będą jak je ukończę. Narka.


 Następnego dnia nie było tak źle jak wczoraj wieczorem choć wiało. Oby pogoda poprawiła się do południa. Po śniadaniu siedziałam w ogródku gdy do ogrodzenia podeszło dwoje dorosłych. Byłam zaskoczona ale ich ciemnoczerwony ubiór zdradził, że to był ród który nas jeszcze nie odwiedził. Byli to dwaj mężczyźni. Jeden miał taki sam odcień skóry co ja a jego towarzysz był blady. Ten pierwszy miał czarne włosy a drugi był blondynem. Zastanawiałam się czego chcą. Jedynym sposobem było zapytać. Podeszłam więc do ogrodzenia i po prostu zadałam nurtujące mnie pytanie.
-Czy nazywasz się Megan White?
Gdy potwierdziłam blondyn przedstawił siebie i kolegę. Byli to się Roderick i Frank Blackroses.
-Czy twój ojciec nazywał się Horace a matka Coralie?
Potwierdziłam. Zapytali czy moja siostra to Sophia. Potwierdziłam. Nie chciałam mieć psychiatrów na karku. Choć nie mogłam się przy tym nie skrzywić. Chciałabym być sobą.
Przy mnie możesz.
Dzięki. Brunet powiedział, że go znał bo chodził z nim do klasy. Żyli w jednym domu. Byli rodziną.
-Raczej w to nie wierzę.- odparłam.
Wtedy pokazano mi stare drzewo genealogiczne. Było stare i nie miało nawet zdjęć. Niedaleko końca widniało imię mojego taty z odnogą do imienia mojej mamy. Nie uwierzyłam w to. Oddałam dokument. Wtedy zaproponowano mi, żebym zamieszkała w domu Głowy rodu, który maił być ponoć moim dziadkiem. Poprosiłam o czas do namysłu, zgodzili się wrócić jutro i odeszli. Ja natomiast popędziłam do domu i sprawdziłam plecak. Był gotowy więc popędziłam po torbę którą stworzyłam. Wtedy w moim pokoju pojawiła się Inez.
-Co się stało?
Powiedziałam jej o rozmowie z Blackroses  jak również o tym, że zamierzam odejść przed ich powrotem. Nie zaufałam tym ludziom i niepokoiło mnie to, że zaczęli podawać się za moją rodzinę.
-Możemy wyjechać na parę dni. Nie trzeba od razu uciekać.
A jeśli nawet będzie niebezpiecznie to zdaj się na mnie. Pamiętaj.
-To gdzie jedziemy na tę wycieczkę?
-Może do Ziemi Suchej?- zaproponowała.
-Niech ci będzie.
Was posrało?! Czy wiecie co tam się dzieje? Oczywiście, że wiecie. No nie wierzę.
Jeździ tam wiele wycieczek trzeba tylko pilnować czasu.
Jesteście głupie i tyle.
Może. Teraz chcę tylko pojechać tam i być daleko stąd. Zbyt wiele się wokół mnie dzieje. Nie chcę takiego życia. Tak innego od tego które kocham i które znam. Nie wiem co robić gdy wszyscy pytają mnie o zdanie, gdy wszyscy słuchają każdego mojego słowa, gdy wszyscy cały czas najchętniej nie odstępowali mnie na krok. Bo tak najczęściej mają ci wszyscy z rodów. Wieczne chodzenie z obstawą a wszyscy traktują cię jak jajko. Z resztą, to jest mniej ważne. Skąd to całe zainteresowanie? Całe 18 lat nic i tu nagle bum! Co ja? Eksponat muzealny?
-No to co? Pakujemy się?
Patrzę na nią wymownie.
-A co ja potrafię?
-A no tak.- powiedziała.
-Kiedy jedziemy?- zapytałam.
-Możemy dziś. Tam się długo jedzie
Aż tak wam się śpieszno do grobu?
Nie przesadzaj.
-Jak to dobrze, że jestem kierowcą.- powiedziałam.
-W sumie racja. I auto ci się w garażu kurzy.
-I zostało miesiąc temu uruchomione.- dodałam.
-I, że nas mój tata do takich wyjazdów namawia. Nieważne kiedy.
-Jak to dobrze być świetną uczennicą i móc sobie wyjechać w czasie roku. Legalnie.
-To może jednak się spakujemy, skoro jedziemy autem?- zaproponowała Inez.
-Leć się pakuj.
Ja natomiast wstałam i zaczęłam się pakować. Wyciągnęłam torbę i zaczęłam się zastanawiać co do niej włożyć. Ziemia Sucha nie zyskała swojej nazwy przez to, że jest tam pustynia czy lodowiec. O nie. Nikt nie wie co tam się wydarzyło ani dlaczego. Jednak to co się stało spowodowało wyludnienie miasta do połowy, resztę ewakuowano a potem trzeba było zabić. Wysłano tam żołnierzy, którym przydarzyło się do co mieszkańcom wsi. Kiedyś to była Isawa a teraz Ziemia Sucha. A co się stało mieszkańcom? Zmieniają się w… coś. Szara skóra, atakowanie innych i… rozszarpywanie ich na strzępy. Straszne. Okazało się jednak, że jeden z żołnierzy przeraził się i uciekł po dwunastu godzinach. Nic mu nie było. Obserwowali go przez dziesięć dni. Nic. Prowadzonych jest tam wiele wycieczek a każdy z wchodzących otrzymuje zegarek, który odlicza dwanaście godzin w dół. Jeśli w tym czasie nie wrócisz na granicę wsi to nie masz po co wracać. Chyba, że po śmierć. Jednak my zamierzałyśmy spędzić tam nie więcej niż sześć. Zwiedzić parę domów, szkołę i plac zabaw obok niej. Do torby spakowałam bluzę, dwie pary spodni, wygodne buty, trzy bluzki, (dwie z krótkim rękawem i jedną z długim), bieliznę i skarpetki. Natomiast aparat, portfel, telefon i krakersy dołożyłam do plecaka. Po drodze sprzątnęłam klucze z szafki i napisałam wiadomość do Austina.
-Kto to?- zapytała limonkooka zaglądając mi przez ramię.
-Nie powiedziałam ci, że to imię naszego kapturka?- odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
Serio o tym zapomniałam?
Aha, serio.
Blondynka potwierdziła słowa głosu.
-Kurczę no. Zapomniałam. Przepraszam.
-Spoko. To co, idziemy?
Samochodu nie ma tutaj. Stoi w garażu taty Inez. Dla bezpieczeństwa. Gdy dotarłyśmy na miejsce Inez powiedziała dorosłemu gdzie i mniej więcej na ile jedziemy. Był zachwycony i żałował, że też nie może jechać. Cieszył się, że wreszcie postanowiłyśmy się rozerwać.
Byle nie na strzępy.
Dobra, okej, odpuść. Wsiadłyśmy do samochodu i wyjechałyśmy z garażu a po jakimś czasie z miasta. Wieczorem wjechałyśmy do wsi graniczącej z Isawą, Natwe. Tutaj zawsze pada deszcz, nawet zimą. Natomiast w Isawie ciągle było słonecznie, jakby z ironni. Na granicy zawsze można było dostrzec tęczę, kolejny żart przyrody. Wiecznie słoneczko i tęcza. A jak zostaniesz na cały dzień to zmieniasz się w potwora. Wesoło? Nie sądzę. W Natwe wynajęłyśmy pokój w hotelu blisko granicy i po kolacji położyłyśmy się spać. Następnego dnia po śniadaniu wzięłam plecak, torbę i ruszyłyśmy. Wsiadłyśmy do autobusu gdzie dostałyśmy zegarki, na granicy miałyśmy je uruchomić. Przekroczyłyśmy granicę gdzie przez jakiś czas wpatrywałam się w kolorowy efekt deszczu i słońca na niebie. Budynki były stare. Odchodził od nich tynk, szyby były wybite a drzwi wisiały na zawiasach. Ubrania i inne przedmioty codziennego użytku walały się po ziemi, w wysokiej trawie, na ulicy, wisiały na płotach, drzewach i krzakach. Nowe wiatraki obracały się wolno. Tu zawsze wieje więc postawiono je by zasilały w energię elektryczną pobliskie wsie. Wysiadłyśmy na pierwszym przystanku i ruszyłyśmy do budynków. Dziwnie tak było patrzeć na porzucone w pośpiechu talerze, zabawki, ubrania. Przechodziłam przez pomieszczenia i patrzyłam na stare meble, na pokoje które ktoś opuścił. Na domy które kiedyś były czyjąś ostoją. Po dwóch-trzech godzinach wyruszyłyśmy w kierunku szkoły. Droga wiodła przez jakiś las. Ja i Inez cały czas rozglądałyśmy się. Szczerze? Gdybyśmy wiedziały, że droga wiedzie przez las to nie wybrałybyśmy tego obiektu. Jednak postanowiłyśmy więc przejdziemy. Po jakimś czasie wreszcie ukazał nam się budynek. Był stary i zniszczony. Na ścianach były graffiti a tynk odpadał. Szyb w oknach prawie nie było. Obraz nędzy i rozpaczy. Powili weszłam do budynku i zaczęłam przechadzać się po budowli. Było tu wiele starych rysunków. Od razu zaczęłam robić zdjęcia. Nie wiem czy są ładne czy coś ale one są na pamiątkę a nie na wystawę. Gdy już miałam dość tego ponurego nastroju szkolnego wyszłam na plac zabaw- w inny ponury nastrój. Wisiało tu kilka huśtawek, była jedna karuzela i pół drugiej, resztki drabinek i piaskownica. Walały się również zabawki do piasku i jedna lalka bez oka na huśtawce. Wiatr omal nie zerwał mi czapki. Było tu zimno co potęgowało depresyjną aurę tego miejsca. Mimo świecącego z całą mocą słońca zadrżałam.
-No to co? Wracamy?- usłyszałam Inez.
Odwróciłam się w jej stronę i zamarłam. Za nią stało to coś ale tyłem do nas więc pewnie nas nie widziało.
-Inez, ci. Chodź tu teraz do mnie ale powoli.- szepnęłam.
-Co?
-Cicho, kretynko. Śpieszno ci do grobu?
Chyba właśnie wtedy zrozumiała i zaczęła wolno podchodzić w moim kierunku. Patrzyłam to na nią to na stwora. Bałam się nawet oddychać. I gdy już była dwa kroki ode mnie pod jej stopą trzasnęła gałązka. Stwór odwrócił się.
A widzisz! Co wam było się tu pchać?
Ale ja nie dam się tak łatwo. Gdy ten zaczął się zbliżać ja schowałam rękę za plecy by stworzyć sobie jakąś broń ale w tym momencie to coś skoczyło i było już dwa metry od nas. Zrobiłam krok do tyły gdy to coś chciało wykonać kolejny skok. Stało się coś dziwnego. Ledwie to coś oderwało się od podłoża a po chwili upadło w bok w plamę ciemnoniebieskiej krwi. Nie wiedziałam co robić. Dopiero po jakimś czasie zaczęłam się rozglądać. Nikogo. Żadnego tajemniczego strzelca. To było dziwne i straszne.
-Chyba na tym skończymy naszą wizytę.- powiedziała przerażona Inez.
-Tak, z przyjemnością stąd odejdę. Tak może.. hm, na zawsze?- zapytałam dziewczynę.
-Na amen.
Macie więcej szczęścia niż rozumu.
Tak wiem ale nie będziemy już kusić losu i idziemy sobie. Ruszyłyśmy w drogę powrotną ale ja ciągle się rozglądałam. Ktoś przecież musiał strzelić. Tylko kto? Ponoć o tej godzinie wojsko dopiero przyjeżdża i sprawca broń. Czyszczą teren trzy razy dziennie: rano i południe i pod wieczór. Właśnie zbliżało się południe. Szybko chciałyśmy stąd wyjść. Nagle zauważyłam jakąś postać. Była w cieniu. Zatrzymałam się.
-Hej ty.-powiedziałam.
Inez również się zatrzymałam. Postać zaczęła podchodzić a ja zauważyłam, że był to jakiś koleś… i że miał szarą skórę. Zamarłam. To coś ze spokojem wpatrywało się we mnie co dało mi czas by się temu przyjrzeć. Miał stary mundur co wskazywało, że był jednym z pierwszych żołnierzy. Tych, którzy nie wiedzieli co grozi za przekroczenie granicy, jaką daje czas. Było mi go żal. Dopiero później zauważyłam lśniącą broń.
-To ty wtedy strzeliłeś.- powiedziałam.
Niespodziewanie podszedł i podniósł mnie, obejmując w talii i przycisnął mnie do siebie. Byłam przerażona i zaskoczona. Trochę dziwnie czułam się z czyimś oddechem na dekolcie. Starałam się nie ruszać bo nie wiadomo jaką reakcję to wywoła.
-Megan.- pisnęła Inez.
Uścisk wzmocnił się. Poczułam i usłyszałam westchnięcie. Podniósł głowę i z powagą spojrzał mi w oczy.
-Dziękuję.- powiedział.
Ja natomiast oniemiałam i zgłupiałam. Czy te istoty powinny mówić skoro ponoć nie używają mózgu?
A co cię to? Ważniejsze jest pytanie czy rozszarpie cię na strzępy czy nie.
-Za co?- zapytałam.
-Nie ważne.
Postawił mnie na ziemi ale nie puścił. Czułam się trochę niezręcznie gdy ten teoretyczny potwór z przekrzywioną głową zgarniał mi włosy za ucho. W mojej głowie coraz to szybciej zaczęły wirować nazwy ziół w końcu nie wytrzymałam i odsunęłam się od niego po czym usiadłam na ziemi. Chciałam zabrać się za robotę ale on usiadł za mną i usadził na swoich klanach. Nie zwracałam na to uwagi. Nie wiedziałam co robię ale wykorzystałam wszystkie zioła neutralne. Nie znałam takiego przepisu ale co mi tam. Do stworzonej substancji dodałam środek przyśpieszający gojenie się ran, zatkałam fiolkę i potrząsnęłam nią. Wyjęłam korek i go powąchałam. O to chodziło. Nie wiem czemu o to chodziło ale taki było. A o co chodziło to wiedziałam najmniej. Jednak wiedziałam jedno. To było dla niego. Podałam mu to. Myślałam, że będzie mi zadawać jakieś pytania ale on po prostu spojrzał mi w oczy i to wypił. Skrzywił się i położył ciągnąć mnie za sobą. Przyciskał mnie do siebie, jakby to miało mu ulżyć w bólu. Nie wiedziałam czemu wystąpiła taka reakcja. A może go otrułam? Wiem  tylko, że po bardzo długim jak dla mnie czasie wszystko ustało. Czyżby umarł?
Na nieszczęście nie.
Uff.
Odbiło ci.
Natomiast on przycisnął moją twarz do swojej piersi i zaczął mnie głaskać po głowie.
-To….- i urwał.
Usiadł i zerwał rękawiczkę. Jego skóra nie była szara tylko zdrowa. O rany! Ja to zrobiłam?
-Mam ochotę się w tej rozebrać by sprawdzić czy to prawda.
-A co ja złego zrobiłam, że mam na to patrzeć?- zapytałam.
A ja?
Mam nadzieję, że nie jesteśmy kozłami ofiarnymi. On natomiast spojrzał na mnie z czułym uśmiechem.
-Przepraszam.
-To idziemy?- zapytała nerwowo Inez.
-Jasne.- odparł za mnie chłopak i zaczął wszystko pakować co poszło mu zdumiewająco szybko. Podał mi torbę, wstał i podniósł mnie.
-Umiem chodzić. To całkiem nieźle wychodziło mi przez ostatnie paręnaście lat. Naprawdę.- powiedziałam zawstydzona.
-Chcę się jakoś odwdzięczyć.
-Wystarczy zwykłe dziękuję. Co nie Inez?- pytam blondynki.
-Święta racja.- poparła mnie.
On jednak to przemilczał.
-Musisz mnie jednak postawić. Nie mogą się zorientować, że jesteś stąd.
To go przekonało i postawił mnie na ziemi. Stworzyłam taki zegarek jaki my miałyśmy ale nastawiłam go inaczej. Mnie i Inez zostały cztery godziny, jemu nastawiłam na trzy.
-Dzięki temu uznają, że spotkaliśmy się tutaj więc nie będą cię kojarzyć z naszym przyjazdem.
Pokiwał głową i znowu mnie podniósł. Serce zagroziło mi zawałem gdy prawie przy samym przystanku zauważyliśmy wojsko. Wtuliłam twarz w ramię chłopaka i zaczęłam udawać, że śpię.
-Osłabła dlatego, że to zrobiła?- zapytał.
-A jak inaczej chciałeś wyjaśnić wojskowym czemu ją niesiesz? Od momentu w którym się zmieniłeś minęło dużo czasu. Możesz budzić podejrzenia.
Inez i były potwór ruszyli na przystanek.
-Hej wy.- krzyknął ktoś stamtąd.
-Słucham?- odezwała się Inez.
-Co jej jest?- zapytał jeden z żołnierzy, ten sam który nas zawołał.
-Ciężki dzień.
Kłamanie można było spokojnie zostawić w rękach Inez. Była w tym prawdziwą mistrzynią. Z resztą, ludzi z poza naszego miasta dekoncentrował kolor jej oczu.
-A…ha a czemu właściwie?
-Jakby pan musiał się wykłócać o każdą wolną chwilę, to też byłby pan zmęczony. Po prostu zasnęła.
Poczułam jakąś dłoń na nadgarstku, mierzącą mi puls.
-Tętno jest przyśpieszone.-zauważył.
Niech to. Cholera musi być spostrzegawcza.
-Pewnie coś jej się śni.- odparła gładko dziewczyna.
Zakładam, że nawet jej powieka nie drgnęła. Następnie ten ktoś dotknął mojego czoła ale udawałam, że śpię więc nie mogłam nawet drgnąć.
-Ma podwyższoną temperaturę.- powiedział to tak jakby kogoś o to oskarżał.
Szlak by to! Zupełnie zapomniałam, że po stworzeniu czegoś temperatura mi skacze! Inez tylko westchnęła.
-A mówiła, że już całkiem dobrze się czuje. Musiało jej bardzo zależeć na tym by gdzieś wyjechać.
-Odwiozę was.- zaproponował.- Porucznik Anthony Reymont.
-Nie trzeba, poczekamy na autobus.
-Półtorej godziny? Nie sądzę.
I została pokonana.
-No dobrze.
Zdjęto nam zegarki i zaczęła się droga to tajemniczego auta. Po chwili wedle rozkazu zostałam posadzona z przodu, co było trochę krępujące. Na szczęście kłamstwa i udawania, tak jak Inez uczyłam się od prawdziwego mistrza, jej taty. Po przepytaniu Inez przez porucznika gdzie się zatrzymaliśmy i paru innych pytaniach „obudziłam się”. Na początku zaczęłam się rozglądać, po czym spojrzałam na kierowcę.
-Ty kto?- spytałam „sennie”.
Gdy się przedstawił bąknęłam coś i ziewnęłam. Tym razem ja byłam przepytywana ale wkręciłam się w wersję Inez i domyśliłam, że teraz już mieszkam gdzie indziej ale, że dopiero od wczoraj więc i tak nie ominęła mnie sprzeczka.
-Już myślałem, że trzeba będzie interweniować.-powiedział.
-Po prostu czekałam do osiemnastki. Wiesz, by móc w spokoju opuścić tamto miejsce.
-Więc niedawno miałaś urodziny.
-Za tydzień.- odparłam.- Stąd ta kłótnia.
-Ja mam 25 lat.
-Nie obraź się ale wyglądasz na dziewiętnaście.
-Nie obrażam się.- odparł.
-Nie wyglądasz też na porucznika.- dodałam.
-Akurat to zabolało, wiesz?
-Przepraszam, taka prawda.
Dalej do rozmowy przyłączyła się Inez. Tylko tamten milczał. Przypomniało mi się o dzisiejszym święcie. Powiedziałam Inez a ta walnęła się w czoło.
-Na śmierć zapomniałam.
-Jakie święto?- zainteresował się porucznik.
Wyjaśniłam mu na czym polega święto Kan obchodzone w naszym miasteczku. Wyjaśniłam, że trwa wtedy wielki festyn, jest wiele smakołyków i rozrywek.
-I jest wtedy wolne.- powiedziała limonkooka.
-Tak co miesiąc? Nieźle.
-Ale wakacje zaczynają się dopiero w lipcu.- powiedziała.
-Jak się nazywacie?- zapytał.
Jeszcze pesel podaj.
Nie przesadzaj.
-Ja jestem Megan.- powiedziałam
-Inez.
-Charles.- powiedział chłopak.
Czyli tak on się zwie.
Najwyraźniej.
-Mogę poświętować z wami?- zapytał porucznik.- Nigdy tego nie obchodziłem.
-Jak myślisz, Inez? Może?
-Ta, czemu nie?
Gdy weszliśmy do pokoju hotelowego w duchu podziękowałam za kuchnię. Od razu się tam zamknęłam i wzięłam się do roboty. Każde danie musiałam stworzyć oddzielnie co zajęło mi masę czasu. Typowa świąteczna kolacja składała się z: sałatki z kurczakiem, sałatki bez mięsa, ciemnego pieczywa, maślanych bułeczek, koziego sera, szynki z kurczaka, kurczaka smażonego z ananasem i brzoskwinią, ciasta owocowego, koktajlu z owoców, ciasteczek owsianych oraz  lodów, które stworzę później. Inez pomogła mi wszystko zanieść w takiej kolejności w jakiej wcześniej wymieniłam. To było kluczowe.
-No nieźle. Prawdziwa uczta.- powiedział porucznik.- Ale chwila.- dotknął mojego czoła.- Znowu gorączka ci skoczyła.
-Jak zjem to będzie mi lepiej.-mruknęłam.
Usiedliśmy przy stole i zaczęliśmy jeść. Porucznik starał się rozruszać towarzystwo, Inez cały czas się śmiała, ja próbowałam wciągnąć Charlesa do rozmowy ale on tylko zadawał jedno pytanie.
-Jak się czujesz?
-Dobrze. Ale rozmawiaj z nami.
Znowu milczenie.
-To chociaż coś zjedz. Nie robiłam tego by to wyrzucić.
Teraz chociaż posłuchał. Westchnęłam i wróciłam do rozmowy z Inez i porucznikiem.
-Panie poruczniku…- zaczęłam ale mi przerwał.
-Anthony. To jest moje imię.
-Więc czy nie powinieneś być na Ziemi Suchej?- zapytałam.
-Nie, miałem ich tam tylko zawieść i wydać rozkazy.
-Rozumiem.
Dalej rozmowa toczyła się już luźno, Inez cały czas była w imprezowym nastroju a Charles dalej milczał. To mnie trochę irytowało ale co miałam powiedzieć. Po 22:00 porucznik Anthony wyszedł. Inez poszła pozmywać a ja opatuliłam się kocem i położyłam na kanapie. Gorączka bywa męcząca. Niemalże zasnęłam.
-Przepraszam.- powiedział Charles.
-Nie ma za co. Mogłeś jednak być bardziej rozmowny.
-Nie wiedziałem o czym z wami rozmawiać. Nie znam tego świata.
-Przepraszam.
-Nie masz za co.- kucnął obok mnie.-To ja cię przepraszam. Jak się czujesz?
-Jestem tylko trochę zmęczona.
-Ale ponoć masz gorączkę.
-To po tym tworzeniu.- powiedziałam.
Był tym zaniepokojony.
-Nie martw się. Wystarczy, że się prześpię.
To go uspokoiło. Spytał gdzie mam mieć pokój a gdy odpowiedziałam, podniósł mnie i zaniósł tam. Gdy tylko moja głowa dotknęła poduszki, zasnęłam. Znów obudziłam się późno w nocy i od razu dostałam zawału. Nade mną pochylał się znany aczkolwiek nieznany zbok.
-To ty.- warknęłam szeptem.- Mam przez ciebie zawału dostać?
-Nie trzeba było przede mną uciekać.
-Ale ty masz nadmuchane ego.- zakpiłam.- To zwykła wycieczka, debilu.
-Nieważne. Kara musi być.
Przycisnął twarz do mojego brzucha i wypuścił powietrze. Pisnęłam i odepchnęłam go.
-Nie rób tak!
-Tak czyli jak?- kpił.
-Tak.
-Czyli jednak mogę.
I powtórka z rozrywki.
-Nie, nie tak! Nie.
-Więc mogę.
Znowu.
-Przestań!
-Ale co?
-Przekręcać moje słowa!
-Ja ich nie przekręcam. Więc nie mogę tak nie robić?
-Tak. Znaczy nie!
Ale było już za późno. Nagle wpadli Inez i Charles.
-Co tu się dzieje?- spytała przerażona blondynka.
-On mi w brzuch pierdzi.- poskarżyłam się.
-Co?- zapytali zgodnie.
-To.- odparł świr i znów tak zrobił.
-No przestań w końcu!- krzyknęłam na co się zaśmiał.- Ty chamie jeden!
-O przepraszam. Szynką nie jestem.
No walnij go po prostu.
Spróbowałam go walnąć w pierś ale złapał mnie za rękę.
-Nieładnie maleńka.- pocałował mnie w czoło.- Do zobaczenia.
I zniknął. Odetchnęłam z ulgą i spojrzałam na przybyszy.
-Dzięki. Pewnie gdybyście nie przyszli o by tu był. Debil jeden.
Charles spytał o co chodzi ale przerwałam Inez wyjaśnienia mówiąc, że „źle się ostatnio zachował”.
-A on ma imię?- zapytała Inez.
-Jego imię nie jest ważne.
Westchnęła, życzyła miłej nocy i wyszła. Chłopak został.
-Jak się czujesz?- zapytał.
-Dobrze.- skłamałam. Wciąż kręciło mi się w głowie.- Mówiłam, że wystarczy trochę snu.
-Rozumiem. Dobranoc.
Wyszedł a ja podeszłam do okna. Chciałam je zamknąć ale zauważyłam coś na parapecie. Były to jakieś leki z przywiązaną karteczką. „Witaminy dla mojej małej. Lepiej weź je z własnej woli” głosił napis. Niech go szlak jasny trafi. Jednak grzecznie wzięłam jedną tabletkę. Nie mam ochoty na wmuszanie we mnie czegokolwiek. Zakręciłam buteleczkę i wrzuciłam do plecaka po czym wróciłam do przerwanej czynności jaką był sen.  Byłam w parku… znaczy we śnie. Siedziałam na huśtawce a wokół bawiły się dzieci.
-Tak tu sielsko, że zaraz rzygnę.- odezwał się głos po lewej.
Rozpoznałam ten głos, dość długo słyszałam go w głowie.  Odwróciłam się i ujrzałam młodą dziewczynę. Mogła być w moim wieku. Była bodajże induską z białymi włosami i oczami w odcieniu gorącego różu.
-Co, rozpoznajesz mnie tylko jako głos?
-Pierwszy raz widzę kogoś o podobnej karnacji do mojej.- wyjaśniłam.- To trochę dziwne.
-Ludzie w twojej okolicy już się przyzwyczaili.
-Do mojej skóry? Tak. Do mnie? Nie. Równie dobrze mogłabym być torturowana a oni nic.
Zapadło milczenie. Po jakimś czasie postanowiłam zapytać ją czemu się pokazała. Odparła, że ktoś musi mnie tego nauczyć. Nie wiedziałam o jakie „to” jej chodzi. Wyjaśniła mi, że moja mama miała pewną zdolność i pewnie ją odziedziczyłam.
-Aha.- odparłam ostrożnie.- Boli?
-Tylko na początku. No to dawaj plecy.- powiedziała i zatarła dłonie.
-Co…?
Nim zdążyłam powiedzieć coś więcej sceneria zmieniła się. Teraz byłam w białej sali, która podejrzanie przypominała gabinet lekarski. Po chwili zorientowałam się, że siedzę na szpitalnym łóżku. Co było dziwne.
-Co to- wskazałam na łóżko.- tu robi?
-To jest wygodniejsze. A teraz połóż się na brzuchu.
-No dobra. Ale co chcesz zrobić?
Położyłam się a ona odsłoniła mi plecy. Ostrzegła, że może zaboleć i dała mi coś do przygryzienia.
-Byś nie ugryzła się w język.- odpowiedziała na moje nieme pytanie.
Po chwili ucieszyłam się, że jej posłuchałam. Najpierw poczułam coś zimnego na skórze. Ostrzegła, że od teraz będzie boleć. Nie myliła się. Bo wiecie cięcie kogoś na żywca nie łaskocze, niestety. Darłam się, jednocześnie zaciskając zęby.
-Jeszcze tylko osiem… sześć….
Miałam ochotę uciec. Szkoda tylko, że nie mogłam się ruszyć. Łzy cisnęły mi się do oczu a na plecach czułam coś lepkiego i ciepłego. Niech to się skończy.
-… cztery… dwie…
Miałam ochotę ją czymś walnąć ale nie byłam pewna czy dam radę.
-Już.- powiedziała w końcu.- Już po wszystkim.
Teraz zaczęłam ryczeć na całego. Trzęsłam się i nie mogłam normalnie oddychać. Czemu ten cholerny sen musiał być tak realistyczny? Zamknęłam oczy a po otwarciu ich widziałam pokój hotelowy. Uderzyły mnie dwie rzeczy. Pierwsza to fakt, że miałam coś w buzi. Drugą było ciepłu płyn na plecach. Wyplułam to co okazało się zwiniętym prześcieradłem i zaczęłam wołać Inez. Wpadła do pokoju jak burza zapaliła światło i zaczęła się drzeć. Więc po chwili pojawił się i Charles. Zaklął i podniósł mnie z poduszką na której to z niewiadomych względów leżał mój tułów. Byłam mu za to wdzięczna bo koszulka, którą miałam była podwinięta. Blondynka zgarnęła ważne rzeczy i po chwili byliśmy na korytarzu. Nie trzeba było długo szukać pomocy. Spotkaliśmy kogoś na parterze.
-Co się stało?- powiedziała jakaś kobieta.
-Nieważne! Gdzie jest szpital?- Inez była roztrzęsiona.
-W pobliżu ale to klinika wojskowa.
-Srał to pies.- jęknęłam.
-Ona jest przytomna?- zapytała zaskoczona kobieta.
-Nie, kurwa. Brzuchomówcą jestem.- warknęłam co bardziej przypominało skomlenie.
-Zawiozę was.
Ruszyliśmy do jakiegoś samochodu i po krótkiej acz nieprzyjemnej jeździe byliśmy na miejscu. Był to niski szary budynek. Jednak nie wiele widziałam wewnątrz. Jedynie kremowe ściany i drewnianą podłogę. Potem zostałam położona na coś, zawieziona gdzieś i podano mi znieczulenie ogólne. Dalej była błoga ciemność. Po obudzeniu nic mnie nie bolało ale czułam się ospała. Rozejrzałam się. Ujrzałam Charlesa uśmiechającego się z ulgą i Inez kłócącą się z … porucznikiem Anthonym?
-Jak to nie wiecie co się stało?!- spytał pewnie po raz który.- Byliście niedaleko!
-Możesz nie wrzeszczeć?- mruknęłam niezadowolona.
-Przepraszam. Jak się czujesz?
-Czuję się oszołomiona. Czy to normalne?- zapytałam.
Potwierdził to. I spróbowaliśmy normalnie rozmawiać. Po chwili porucznik musiał iść i zaczęłyśmy tłumaczyć chłopakowi to czego nie znał. Musiałyśmy jednak przerwać bo przyszedł lekarz. Pokazał mi co mam na plecach. Składał się z czterech v. Dwa nakładały się na siebie jedno było normalne a drugie do góry nogami. Pod spodem był drugi taki symbol był pod spodem i stykał się z tamtym. Niemalże się nie zachłysnęłam się powietrzem. Wiem co to jest. Ale dlaczego ona wyryła mi na plecach właśnie ten symbol? Czyżby o czymś wiedziała? Blondynka spojrzała na mnie zaskoczona. Spytałam lekarza kiedy mnie wypiszą.
-Jutro albo za dwa dni. Wszystko zależy od ran.
-Rozumiem, dziękuję.- powiedziałam.
Dalej rozmawialiśmy o tym co lubimy. Po kilku godzinach Inez i Charles zostali wyproszeni i zostałam sama. Niedługo po tym zasnęłam. Następnego dnia okazało się, że nie wypiszą mnie tego dnia. Odwiedzili mnie Inez i Charles a po południu wpadł porucznik i przyniósł mi owoce i sok. 
-Dziękuję.
-Nie ma za co. Jest lepiej?- zapytał.
-Tak ale dla pewności wypuszczą mnie jutro.
-Nie nudzi ci się tu?
-Głównie śpię, jem albo rozmawiam z innymi.- odpowiedziałam.
-Mam nadzieję, że nie ma to nikogo wrednego.
-Nawet jeśli są to sobie z nimi poradzę.- upewniłam go.
Zaśmiał się. Rozmawialiśmy jeszcze tylko chwilę, bo musiał iść.  Reszta dnia minęła mi szybko i po 23 zasnęłam. Znowu obudziłam się w nocy i znów nie byłam sama. Nade mną pochylał się ten wariat. Leżałam do niego plecami a on opierał się jedną ręką koło mojego brzucha, trzymając mnie za ręką, drugą głaskał mnie po głowie.
-Hej maleńka.- szepnął.
-Jaka cholera cię tu przymiotła?
-Jak zwykle uprzejma. Martwię się.
-To skończ i spadaj.- warknęłam szeptem.
-Nigdy.
-Nie chcę ci tu. Z resztą nie jesteś prawdziwy.- skłamałam.
-Nie?- jego twarz znalazła się tuż nad moją.- Nie dajesz mi wyboru jak tylko cię przekonać, że istnieję.
Poczułam na skroni jego nos. Podniósł moją rękę do ust a potem zaczął bawić się moimi palcami. Przycisnął dłoń do swojego policzka i dopiero po jakimś czasie udało mi się ją wyrwać.
-Reagujesz czyli istnieję.
Niech to, udało mu się zwyciężyć.
Przepraszam.
O, kto tu się odezwał. Myślałam, że już ci się znudziło.
Nie znudziło mi się. Po prostu… przepraszam.
Będziemy kwita jak później wyjaśnisz mi o co chodzi.
 Dobrze.
Wyraźnie poprawił się jej humor. Ja jednak musiałam się jego pozbyć. Tylko jak? Hm… zobaczymy czy kłamie z tą troską.
-Idź wreszcie. Ja chcę spać.
-Dobranoc.
Pocałował Mie w skroń i znowu po prostu zniknął. Więc albo chce mnie nabrać albo naprawdę się martwi.
Moim zdaniem udaje. Za pierwszym razem nie zrobił pewnie tego co chciał więc teraz szuka innej metody.
Możesz mieć rację. Jednak ja chcę spać.
W takim razie dobranoc. Nie będę już grzebać w twoich snach.

To świetnie. I zasnęłam. Śniła mi się mama. Uwielbiałam ją. Miała ten sam odcień skóry co ja ale nie wychodziła z domu. Miała blond włosy i oczy koloru malin. Zawsze zajmowała się mną i siostrą. Jednak w tym śnie Meg nie było a mama mówiła: „Chodź, kochanie. Musisz kogoś poznać.”; „To niespodzianka” i „Na pewno go polubisz”. Było to dziwne ale nim się wszystko wyjaśniło zostałam obudzona na śniadanie.