-Lucy.- woła siedmiolatka.
Mała brunetka odwraca głowę i wpatruje się
niebieskimi oczami w siostrę.
-Słucham Emily?
-Dziś jest czwartek, co nie?
Druga brunetka wpatrywała się w siostrę w
wyczekiwaniu na odpowiedź.
-No jest… Racja muszę zrobić zakupy.- wykrzyknęła
Lucy.
-Nie siostrzyczko, źle się czujesz. Ja pójdę.
-Dziękuję.- Lucy posyła uśmiech swojej siostrze.
Jak to dobrze, że mają się nawzajem.
-Nie ma za co.- odpowiada tamta.- Od czego ma się
siostrę a zwłaszcza siostrę bliźniaczkę?
Dziewczynka zaśmiała się. Emily chwyciła torbę na
zakupy i ruszyła do wioski. Dziewczynki mieszkały same ale mieszkańcy i ciotka
bardzo im pomagali. Ciocia była zbyt ekscentryczna by zająć się dziećmi ale jak
je odwiedzała zawsze zostawiała jakieś pieniądze na żywność. Mieszkańcy
pomagali na co dzień. Gotowali, pomagali w porządkach i w innych pracach które
były dla nich za trudne. Dom dziewczynek znajdował się jakieś pół dnia drogi od
wioski dlatego zawsze szła jedna z nich.
-Emily.- zawołała dziewczynkę Lucy.
-Słucham?- spytała zatrzymując się w progu.
-Wracaj szybko.
-Się wie!- odpowiedziała z uśmiechem.
Wiedziała bowiem, że siostra bliźniaczka nie lubi
zostawać sama. Dobiegła do furtki i spojrzała na psią budę. Pies spojrzał na dziewczynkę
przechylając ciekawsko łeb.
-Waruj Toby.- zwróciła się do owczarka i wyszła.
Na miejsce dotarła w południe. Wioska była żywym
miejscem a zwłaszcza przed nadchodzącym Świętem Lata. Trwały wielkie
przygotowania to tego wydarzenia. Lucy mówiła dziewczynce, że usłyszała od
kogoś o przygotowywanych fajerwerkach. Emily nigdy ich nie widziała. Lucy
natomiast była na tym święcie rok temu gdy ona była chora i powiedziała, że są
one niesamowite. Oczywiście nie chciała zostawiać brunetki chorej w domu ale tej
udało się przekonać siostrę do pójścia. Po drodze do sklepu tuż przed nią
przebiegł brat Barda, Kon.
-Hej Lucy!- krzyknął pobiegł dalej.
-Jestem… Emily.- dokończyła gdy już go nie było.
Wzruszyła jedynie ramionami i ruszyła dalej.
-Dzień dobry.- powiedziała jak przekroczyła próg
sklepu.
-Witaj Lu… Emily?- spytała zaskoczona kobieta.- Co
się stało?
-Lucy się źle poczuła więc ja przyszłam.
-Ach tak.- odpowiedziała ciepło kobieta.- To co
zawsze, słoneczko?
-Mhm.- odpowiedziała.
Po wyjściu z budynku niebieskooka od razu ruszyła w
drogę powrotną nucąc pod nosem. Nie lubiła tego ale Lucy powiedziała, że lubi
kiedy Emily śpiewa więc lubiła to ze względu na nią. Południe zmieniło się w
zmierzch. Brunetka zawsze lubiła zachodzące słońce ale teraz wydawało się takie…
złowrogie. Zaniepokojona przyśpieszyła kroku by szybciej do domu. Gdy przeszła
przez furtkę zauważyła coś co jeszcze bardziej ją zaniepokoiło. Drzwi bowiem
były uchylone. Emily bardzo dobrze pamiętała, że zamknęła je. A nawet jeśli
tego by nie zrobiła To i tak drzwi byłyby zamknięte. Zrobiła by to Lucy.
-Toby! Toby!- dziewczynka zawołała psa.
Odpowiedziało jej ciche skomlenie dochodzące z
krzaków. Ostrożnie do nich podeszła i rozchyliła gałęzie. Oczy małej wypełniły
się łzami gdy zobaczyła zwierzaka leżącego na ziemi. Pobiegła szybko do domu.
-Lucy! Ktoś pobił To..- urwała otwierając drzwi.
To co zobaczyła było przerażające. Jej siostra
leżała na podłodze nieruchoma. Twarz, zwrócona ku sufitowi była zastygnięta w
niemym przerażeniu. Od prawego ramienia po lewą nogę przebiegały trzy głębokie
szramy. Emily podeszła do siostro od strony
głowy gdyż tam na podłodze nie było krwi. Uklękła i pogładziła twarz
Lucy.
-Lucy.- powiedziała przez łzy.- Przepraszam. Ale
mam taki pomysł wiesz? Siostrzyczko, od dziś to ja będę nazywała się Lucy.
Dzięki temu będzie tak jakbym to ja umarła. To o mnie zapomną. Jakbyś żyła.
Bardzo cię kocham, wiesz? Nigdy cię nie zapomnę, obiecuję.
Zamknęła siostrze oczy i wybiegła w wieczór po
pomoc. W miasteczku była późną nocą. Podbiegła do pierwszych lepszych drzwi i
zaczęła w nie łomotać. Po dłuższej chwili otworzyła jej Berta, grubsza
nieprzyjemna kobieta.
-Czego u chcesz niewychowana smarkulo? Wiesz jaka
to pora?
Zaskoczyło ją jednak to ,że dziewczynka cała się
trzęsła a jej twarz wyrażała przerażenie. Z oczu natomiast nieprzerwanie lały
się łzy.
-Siostrzyczka… Emily- zdołała jedynie powiedzieć.
Kobieta, przeczuwając, że chodzi o coś poważnego
obudziła męża i dwóch synów. Byli już rośli więc w razie potrzeby mogli się na
coś przydać. Wszyscy pobiegli za dziewczynką do jej domu. Na miejscu zdziwiło
ich to, że pies leży pobity w krzakach. Młodszy syn podniósł zwierzaka i
powiedział, że zaniesie go do lecznicy. Dziewczynka stanęła przy drzwiach.
-T…tam.- wskazała na drzwi.
-Nie wejdziesz?- spytała kobieta.
Zaskoczyło ją, że dziewczynka odmówiła. Zawsze
chciała być jak najbliżej siostry. Postanowiła z nią zostać. Gdy starszy syn i
mąż kobiety otworzyli drzwi zaniemówili. Dopiero po chwili mężczyzna zdołał z
siebie wydusić cichy szept.
-Cóż to?
-Co?- spytała kobieta coraz bardziej zaniepokojona.
Jej mąż był
myśliwym i rzeźnikiem, mało więc było rzeczy które zdołały by go tak
nastraszyć. Ten zwrócił się do syna.
-Synu.
Jednak chłopak nie reagował. Potrząsnął nim.
Spojrzał o na niego oczyma rozszerzonymi strachem.
-Synu, biegnij po burmistrza, generała i tylu
mężczyzn ilu zdołasz pobudzić. Powiedz im by pochwycili ze sobą broń. Bestia
może być w pobliżu.
Chłopak pobiegł ile sił w nogach. Gdy wrócił
przyprowadził nie tylko burmistrza i generała ale i majora. Burmistrz był
niskim mężczyzną z siwiejącymi włosami, niezmiernie mądry i zawsze uczciwy.
Generał był starszym człowiekiem o ciemnej karnacji i czarnych włosach, zawsze
milczący. Nie wiedzieć czemu zawsze wracał do tej mieściny mimo iż, jak mówił
„nie trawił mieszkańców”. Niektórzy sądzili iż powodem jest pewna kobieta
mieszkająca tutaj. Major natomiast, jak na swoje stanowisko był młody. Jasne
włosy i błękitne oczy nadawały mu czegoś, za co całe miasto było dla niego
uprzejme. A że był tu od dwóch dni to niewiele było o nim wiadomo. Jedyne co
dało się usłyszeć to pogłoski, że został tu zesłany na przymusowy urlop z
powodu przepracowania. Za nimi biegło kilkunastu mężów z bronią w ręku. Major i
generał nie potrzebowali jej, gdyż byli potężnymi alchemikami.
-Co tu się dzieje?- spytał major.
-Niech pan spojrzy.- powiedział mąż kobiety.- Tego
nie da się opisać.
Major spojrzał na roztrzęsioną i płaczącą
dziewczynkę.
-Generale, powie mi pan co tam się wydarzyło?
-Tak, oczywiście.
Major podszedł do płaczącej dziewczynki i ukląkł
przed nią.
-Hej, wszystko w porządku?- spytał.
Dziewczynka popatrzyła na niego przez chwilę potem
rozpłakała się jeszcze mocniej i wtuliła w niego. Gdy ten zauważył, że generał
chce jakoś zareagować powstrzymał go. Następnego dnia pod domem dziewczynek o
świcie pojawili się wojskowi śledczy. Nie obudzili dziewczynki bowiem ta spała
w domu majora w jednym z wolnych pokoi. Emily wciąż spała gdy drzwi do pokoju i
do środka weszła mała blondynka o niebieskich oczach. Powoli podeszła do łóżka
i zaczęła przyglądać się śpiącej postaci. Brunetka powoli otworzyła oczy i
zauważyła gościa. Usiadła.
-Jak masz na imię?- spytała blondynka.
-Lucy.- odpowiedziała jej brunetka.
-Ja mam na imię Mary. Słyszałam o tym co się stało?
Jak się czujesz?
-Źle.- odpowiada szczerze dziewczynka.
-Jaka była twoja siostra?
-Bardzo żywiołowa.- odpowiada brunetka.- Zawsze
była uśmiechnięta i ładnie śpiewała.- powiedziała dokładnie to co mówiła o niej
siostra.
-Nie martw się. Pewnie jest teraz wśród aniołków.
-Mam nadzieję. A kto to aniołki?
-Aniołki to takie duszki ze skrzydłami. Zajmują się
one duszami dzieci.
-Duszki?- dopytywała się dziewczynka.- Są one
dobre, tak?
-Mhm.
Brunetka spróbowała się uśmiechnąć. Wyszedł z tego
grymas.
-Przynieśli twoje ubrania. Może się ubierzesz i
pójdziemy zobaczyć co z twoim psem?
Dziewczynka pokiwała głową. Bardzo martwiła się o
Toby’ego. Mary przyniosła brunetce ubrania i wyszła. Gdy dziewczynka ubrała się
obie wyszły na miasto by sprawdzić c ze zwierzakiem. Po drodze Emily łapała się
na tym, że nie słucha tego co mówi blondynka. Mary oczywiście zauważyła to ale
nie starała się nic z tym zrobić. Teraz mówiła bez ustanku by dziewczynki nie
przytłoczyła cisza. Weszły do budynku i skierowały się do pani za ladą.
-Przyszłam do mojego psa.
-Dobrze ale…- urwała gdy zobaczyła, że to Emily
mówi.- Och Lucy… Oczywiście, chodź za mną.
Obie dziewczynki poszły za kobietą do sali, w
której na posłaniu leżał jej pies.
-Toby!- krzyknęła dziewczynka.
Pies uniósł swój łeb i zaczął merdać ogonem. Nie
miał sił by się podnieść. Tułów psa był zabandażowany. Dziewczynka podbiegła do
psa i przytuliła go. Z oczu popłynęły jej łzy. Toby trącił dziewczynkę nosem.
-Za kilka dni będzie mógł wrócić ale nie będzie
mógł biegać.
-Rozumiem.- powiedziała brunetka.
Mary podeszła do zwierzaka i pogłaskała go po
głowie.
-Hej Toby, jestem Mary. Jak się masz?
Pies spojrzał na nią zaciekawiony. Dziewczynki
jeszcze długo siedziały przy zwierzaku gdy zorientowały się, że powinny iść.
Wyszły z budynku. Dziewczynka, z której barków zdjęta była już troska o
jedynego członka rodziny z którym mogła czuć się sobą zauważyła, że wszyscy
patrzą na nią z litością. Dziwnie się z tym czuła. Gdy weszły do domu majora
zastały go przy drzwiach.
-Dziewczynki a gdzie wyście były?- powiedział z
lekka zdenerwowany.
-Byłyśmy odwiedzić Toby’ego, tato.- powiedziała Mary.
-Toby’ego?
-Mojego psa.-szepnęła ledwie słyszalnie.- Ktoś go
pobił.
-Och, rozumiem. Ale nie powinnyście wychodzić same.
Ta bestia nadal gdzieś tu krąży. Może chcieć zabić i ciebie, Lucy.
Dziewczynka spojrzała na mężczyznę przerażona. Nie
mogła pozwolić by wraz z nią umarła pamięć o jej siostrzyczce.
-Przepraszam, że ci to powiedziałem ale musisz być
ostrożna. Obie musicie, dobrze?
Spojrzał na obie dziewczynki. Mary chwyciła brunetkę
za rękę i pokiwała głową.
-Pójdziemy do ogrodu, dobrze?
Major uśmiechnął się do nich.
-Muszę teraz wyjść by porozmawiać z śledczymi.
Niestety wrócę dopiero wieczorem.
-Mhm.
-To pa tato.- powiedziała blondynka.
O, jak się za wami kurzy...